RECENZJE

Edyta Bartosiewicz
Sen

1994, Izabelin 7.6

Rzadko spotykamy się z taką metamorfozą. Owszem, z reguły na tym to polega, żeby kolejnymi dokonaniami wznosić się na wyższy poziom. Ba, czasem nawet ktoś, o kim nigdy byście nie pomyśleli, zaskakuje was bardzo pozytywnie swoją nową płytą. Ale tutaj chodzi o coś więcej. Więcej, gdyż Edyta Bartosiewicz nie podniosła wraz ze Snem swojego poziomu. Ona zmieniła wymiar. I jest to chyba największa progresja w tak krótkim czasie w całej naszej muzyce. Taka zmiana z płyty na płytę? Przykładając Sen do solowego debiutu Edyty, Love, można chwilami poczuć się nieźle zagubionym. Kto by się spodziewał? Przyjrzyjmy się z bliska tej ewolucji.

Przede wszystkim ekspresja wokalna. Na Śnie śpiew rozrywa na strzępy, rozpala do czerwoności. Niebagatelną rolę odegrały też teksty, w większości w języku polskim, co uwiarygodniło przekaz i nadało mu wyższą rangę. Słowa często są tu bowiem równie ważne, jak dźwięki – taki rozrachunek z samą sobą i swoimi problemami. Co do samych kompozycji: Love oferowało rozbudowane, zamglone i ciągnące się niemiłosiernie utwory, w których dało się wyczuć przerost formy nad treścią. Sen od samego początku eksploduje rockową energią, bazującą na zwięzłych riffach i piosenkowym konkrecie. Mówiono o wpływie grunge'u, ale jest to jakby grunge nieco czystszy brzmieniowo, za to liryzujący, uduchowiony. A zresztą, co to jest grunge? Wszystkie fragmenty Edyta napisała sama, na gitarze akustycznej. I to się czuje – emanują one jakąś surowością, ale i autentyzmem.

Ten album towarzyszy mi od małego. Zawsze się zastanawiałem, jaki to wulkan energii przepłynął przez koleżankę Edytę w okresie tworzenia i rejestracji tego materiału. Bo żeby napisać tyle mistrzowych piosenek za jednym zamachem, trzeba poczuć jakąś niezwykłą wenę. Żwawy, podnoszący na duchu wszystkie ofiary depresji "Zabij Swój Strach", potem cięty riff w "Urodzinach". A później "Tatuaż" – utwór skończony, zwieńczony luzacką solówką gitary – ciarki chodzą (kto pamięta ten teledysk, z Edytą skracającą sobie włosy na planie?). Nikt nie ma chyba wątpliwości co do zalet kawałka tytułowego? Wietrzno-deszczowy klimat mówi sam za siebie. "Walczyk" zawiera słynne wersy: "Miłość i seks / Zaborczy jak strach / Zazdrościł im Bóg / Też by tak chciał". Kręci neurotyczny "Koziorożec". Oj mało tu słabych momentów. Niby zbyt banalny motyw w "Wewnątrz", tudzież abstrakcyjny i muzycznie, i tekstowo "Żart W Zoo"? Ale czeka nas jeszcze drżący "Zanim Coś..". I już wiadomo – ta pani wznosi się tu na wyżyny.

Efektem równego poziomu tych utworów jest jedna z najfajowszych polskich płyt lat dziewięćdziesiątych, przez wielu postrzegana także jako szczytowe osiągnięcie wokalistki. Cóż, kwestia gustu. Na pewno dla tych, którzy kochają jej zadziorne oblicze, jest to właśnie Sen. No a gdyby uzależniać wartość płyty od poczynionych postępów w porównaniu do poprzednika, to Sen trzeba by było uznać za niezłą klasykę.

Borys Dejnarowicz    
25 lipca 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja