RECENZJE

Edyta Bartosiewicz
Love

1993, Izabelin 3.0

To jest pierwsza solowa płyta Edyty Bartosiewicz. Po przygodzie z zespołem Holloee Polloy, który pozostawił po sobie nawet jeden album, The Big Beat (1990), artystka zwróciła się ku nieco bardziej refleksyjnej stylistyce. Love jest dopiero zapowiedzią tej silnej ekspresji, jaka dominować będzie na Śnie, czy Szok 'N' Show. Znak firmowy Edyty, jaskrawy liryzm, tu otrzymujemy w bardzo wczesnej jeszcze mutacji. W ogóle wydaje się, że wszelkie przejawy emocji są na Love dozowane ostrożnie, bardziej wykoncypowane to, niż wypływające z chwilowego natchnienia.

Co wcale nie musiałoby oznaczać, że słabe. Już pierwszy, tytułowy utwór zaciekawia wykwintnym rozplanowaniem, podczas gdy wokalistka kreśli – po angielsku – historię pewnej kobiety – jej wahania uczuciowe, dylematy. Miłe. A do tego ten głos – to jeszcze nie jest wprawdzie ta Bartosiewicz na całego, jaką poznamy na późniejszych albumach, tu śpiewa z większego jakby dystansu. Ale mimo to, jej barwa i flow są łatwe do zapamiętania.

Szkoda tylko, że tak zajmujące nie jest całe Love. Bo zdecydowana większość piosenek jest bardzo podobna do siebie, żeby nie powiedzieć taka sama. Klimat pozostaje identyczny, i mimo częstych prób jego urozmaicenia, prawie w ogóle nie udaje się wyjść poza jeden schemat. Gdzieś pod koniec całości, ta domniemana świeżość pierwszego kawałka wydaje się czymś zajechanym, przeraźliwie nudnym i męczącym. Poza tym, w miarę upływu czasu, coraz wyraźniej rysują się przed naszymi oczyma inspiracje: a to pobrzmi U2, a to Sting (spod znaku balladowego The Police), innym razem coś z amerykańskiego rocka środka... No, ale wtedy nikt od Bartosiewicz niczego nie oczekiwał.

Wymieńmy może jaśniejsze momenty. O "Love", zdecydowanie odsadzającym pozostałą zawartość materiału, już powiedziałem. Wyróżnia się "Goodbye To The Roman Candles", a to dzięki interesującemu mostkowi w środku i jakiemuś tajemniczemu nastrojowi. Niestety, długo trzeba później czekać na coś, co przykułoby na dłużej uwagę. Dopiero pod sam koniec "Take My Soul With You" kopiuje zacięcia gitary a la The Edge, a w balladzie "Clouds...They Block My Way" elektryczna znowu daje tu o sobie znać, że żyje. Lecz ten schemat, o którym mowa wyżej, wcale nie został przełamany.

Teksty z Love mówią o rozterkach kobiety – raz codziennych, innym razem na skraju życiowych dróg. Oczywiście, trzeba jeszcze powiedzieć o tym, że Bartosiewicz świetnie, jak mało kto u nas, śpiewa w języku angielskim. I to już na Love dobrze słychać. Ale nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z płytą słabiutką, nudną i niewyraźną. No, przecież nie mogę oszukiwać czytelników.

Borys Dejnarowicz    
25 lipca 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja