RECENZJE

Edyta Bartosiewicz
Dziecko

1997, PolyGram 6.6

Jaka to jesienna płyta. Niby w "Mojej Ulubionej Porze Roku" słyszymy wyraźne opisy czasu zimowego. Ale ta okładka, te teksty, barwy tych dźwięków, ta melancholia. Lubicie przyporządkowywać albumy porom roku? No to umówmy się, że przykładem letniej płyty będzie Midnite Vultures Becka, zimowej – Felt Mountain Goldfrapp, a wiosennej, dajmy na to, The Colour Of Spring Talk Talk. A za doskonały przykład albumu o klimacie jesiennym uważam właśnie czwarty Edyty Bartosiewicz. Co nie znaczy, że tylko gdy z drzew opadają kolorowe liście można jej słuchać. Ale właśnie wtedy wypada najlepiej.

Otwiera się dość typowo dla naszej bohaterki, singlowym "Jenny". Nie wiem, może jestem uprzedzony do tego kawałka ze względu na jego cover, jakim uraczył mnie i moją klasę pewien kolega na szkole zimowej. W refrenie, zamiast tytułowego imienia dziewczęcia, wymieniał on podobnie brzmiący pseudonim (jaka mysz uciekała Tomowi ?) innego kolegi. Od następnego utworu – "Skłamałam" – zagłębiamy się w świat jesiennej refleksji. Bartosiewicz nieśpiesznie rozwijające się tematy ustawia w roli tła, na pierwszy plan wysuwając swoje myśli, podane, rzecz jasna werbalnie. I w ogóle, jest na tej płycie to, czego zabrakło mi na Szok 'N' Show, a więc wspólny nastrój tekstów. Jest w tym jakiś nieodparty urok – takie jakby spojrzenie wstecz, retrospekcja własnej osoby. W "Nie Znamy Się" wokalistka śpiewa: "teraz, kiedy przyszłam na twój świat". Brawo! Cóż za wyszukany środek stylu! Następuje wspomniana "Moja Ulubiona Pora Roku". Aż zimno się robi od tej smutnej aranżacji.

Nic to jeszcze. Prawdziwy smutek mamy w utworze tytułowym. Cichuteńki wstęp, a potem te słowa i ta przeszywająca partia gitary. A na plecach mrówki. Dlaczego ona nie mogłaby zawsze tak grać? Tyle, że w numerze następnym, "Boogie, Czyli Zemsta Słodka Jest", czar pryska. Ale to jest cała ona – uwielbia się droczyć. "Boogie" to taka jesień, kiedy zza chmur wyszło, dość wyraźnie, słońce. Ale wyjrzało tylko na chwilę i zaraz zaszło – wraz z utworami następnymi wracamy do deszczowej melancholii. I sporo tu się jeszcze dzieje – odjazdy pod koniec "Na Krawędzi", zawirowania we "Wśród Pachnących Magnolii", przesadnie aż szczere wyznania w "Nie Jak Przyjaciel". Finałowy "Słyszę Jak Mnie Wzywasz" to niemal epik, chociaż wcale nie taki długi, niecałe pięć minut.

Taak. To jest po prostu najdojrzalsza płyta Edyty. Teksty – jeszcze nigdy nie otworzyła się tak przed słuchaczami. Warstwa muzyczna – kontroluje tu ona każdy dźwięk i dozuje go w odpowiedniej ilości. Jest coś w tym jesiennym dziele, mimo kilku słabszych chwil, co nie zamyka się tylko w wartości samego materiału. Jest jakby wrażenie, że przemawia do nas osoba zupełnie dorosła. I generalnie polecałbym Dziecko osobom refleksyjnym, często rozmyślającym, nie koniecznie wszak o najprzyjemniejszych sprawach. Do słuchania jesienią.

Borys Dejnarowicz    
25 lipca 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie