RECENZJE

Edan
Beauty And The Beat

2005, Lewis 8.0

Edan lubi Hendrixa. Czy Hendrix lubił hip-hop? Ciężko zgadnąć, aczkolwiek Yrzy Owsik utrzymuje, że widział na jego gitarze nalepkę UMC's, co oczywiście nie może być prawdą, bo Yrzy Owsik nie był na tym festiwalu.

Edan jest for real. Mimo, że czasami Eminem i 50 Cent płaczą do kamery w utworach o matkach, to ile by łez nie wylali, ile by nie zajebali sobie plastrów na ryj (ilekroć myślę o tak zwanym mainstream to robię gęsią chmurkę i indyczę się), ile by nie kupili szampanów i parasolek z diamentowym szpicem, ile razy nie ogolili by dupy doktorowi dre szatę na sobie, że tak naprawdę tylko Edan jest for real. Oczywiście Edan jako figura retoryczna, jako symbol martyrologii nieustającego exodusu prawdziwych artystów ulicy, niedocenianych i przysypywanych codziennie rano przez śmieciary dostarczające chłam komercyjnie doskonały czyli sex, skandal i anatema eminema.

Produkcja: kosmiczne lo-fi. Najwyższa klasa inwencji twórczej jeśli weźmiemy pod uwagę sampling. Przy czym nie ma tu śladów powiedzmy premierowego dłubania w celu znalezienia "tej jedynej linii basu współgrającej z ser-duchem", loopy istnieją często głównie po to, żeby było na czym pofunkować (dźwiękowe tunele, tapebacki, acidguitars, pępętelki i bubble spiny). Innymi słowy nie są tu po to żeby trwać, tylko żeby je wykorzystać w celach rozrywkowo-eksperymentalnych, co decyduje o tym, że zamiast dzieła skończonego i dopracowanego w najmniejszych szczegółach mamy dłubdubowy hop-hip na flower-rockowych resorkach skonstruowanych w najbardziej odjazdowych laboratoriach MIT. Ta płyta trwa 35 minut, a można wokół niej krążyć w nieskończonym odcinku czasu. Disnejowska kreatywność, teksty, które niczym jakieś średniowieczne księgi objawiają historię całego rapu w dwóch zwrotkach ("Fumbling Over Words That Rhyme"), historie z Kobry bez puenty, początku, twarzy i rozwiązania, monumentalne, epicko-black-funk-sabbathowe wejście w "Rock And Roll" z jakimś chórem (!), Edan przy swojej wszechstronności potrafiłby nagrać płytę z Dungenem ("Time Outt") co może nie jest wizją, która nie pozwala mi spać po nocach, ale podpowiada: zobacz Krzysiek, jego nie można obliczyć. Oprawa graficzna singli i wydawnictw jest tutaj też osobnym rozdziałem, który można by rozwinąć do rozmiarów malutkiego przewodnika po graficznym wykształceniu tego ALL-IN-ONE THE REAL COMBO HUMBLE MAGNIFICENTA.

Liryka: jest nieuchwytna, śliska i wigorna jak tęcza spadająca z nieba rozlewająca kolorową wodę na polu pełnym krwistych muchomorów i niebiańskich orchidei. Edan wycina wyrazy kryształowymi skalpelami z trepanowanych głów dinozaurów i nie wiem skąd jeszcze, używając szarlatańskiej magii eksploruje jaskinie na Saturnie i kaskadowe krainy na Ziemi szukając sentencji, które nigdy nie istniały. Ślizgając się po graniach podświadomości i granicach świadomego popuszczania boniów dla samego popuszczania boniów roluje krautrockowe splify z colą z wdziękiem siedemnastoletniej wszy zamieszkującej koafiurę siedemnastolatki w siedemnastym wieku przed narodzeniem Chrystusa. Bełkot kota z Rympalina, śmiech kojota rym Palina, cza-cza skrecz czarze precz i czar pryska z Tuska pyska.

O tym, że można zgłębiać tego blitz-trzydzieści pięć miut rymującego rymaka praktycznie nie ocierając się o dno, wkraczać na plastyczne breaki i wyławiać z płynnej liryki co smaczniejsze muszloskrecze nie będę już wspominał. Beauty And The Beat to dopiero początek odlewania klasyków hip-hopu w biografii 27-letniego Edana. Chociaż nie wszyscy ortodoksyjni fani rapu załapali jego przesłanie i lekko zawiedli się oczekując po Primitive Plus na coś bardziej goldenejdżowego, to dla mnie fakt, że Edan osiągnął już prawie wszystko jest niemal tak jasny jak piasek na plaży bez okularów przeciwsłonecznych. A jego kolejny album będzie jeszcze lśniejszy.

Intro jest najlepsze i jak to mówią U Nas Na Pekinie grows on you over yeeaaars. Oprócz tego trzeci jest najlepszy, a w siódmym Mr. Lif dostał szansę na pierwszy w historii hip-hopu galaktyczno-mentalny skok w nadprzestrzeń i... nie zmarnował go. Oprócz tego oczywiście dziesiąty jest najlepszy. A wrażenie w końcówce o grzęźnięciu w bagnie, każe mi przypuszczać, że nie wszyscy lubią Barry Lyndona. Twój ruch El-P.

Krzysztof Zakrocki    
16 listopada 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie