RECENZJE

Ed Wood
Post-Mortem Lovers

2014, Lado ABC 6.8

Ziołkowe refleksje znad kultowego już w pewnych kręgach talerza wypełnionego po brzegi zabielaną zupą z dodatkiem kurzych nóżek znów przybrały kształt monumentu i (o dziwo) nie mówię tutaj o tegorocznym hipnotyzującym awangardowym folku z podupadłej części śródmieścia, bo septet Innercity Ensemble i ich dyptyk II to inna, równie zachwycająca muzyczna opowieść, ale zbudowana ze zdecydowanie innej plątaniny dźwięków. Dzisiejszych bohaterów jest dwóch. Od ich debiutu minęły cztery lata, a wedle przedpremierowych zapowiedzi razem z najnowszym krążkiem – Post-Mortem Lovers – słuchacz dostanie najbardziej dojrzałe, poukładane i przemyślane oblicze, ongiś stricte noise rockowego zespołu jakim jest Ed Wood, tak więc doszukiwanie się wszelkiej maści metafor i różnorakich interpretacji w moim odczuciu jest słuszne, ba – wskazane!

Nieprzypadkowość i koncept można dostrzec już na wstępie, biorąc pod lupę zagadnienia podstawowe – trójelementowy związek, którego częściami składowymi są: okładka, nazwa zespołu i tytuł płyty, bo czyż nie właśnie z kowbojskimi kapeluszami i westernami przede wszystkim kojarzymy amerykańskiego reżysera, ikonę filmów niskobudżetowych, Ed Wooda? Istotny jest również kontekst historyczny, bowiem lata pięćdziesiąte, w których działała ta będąca swoistym fenomenem postać, nieodzownie łączą się z będącą w tamtym okresie na fali – nomen omen – muzyką określaną mianem surf rocka. Duet Popowski–Ziołek godzi te dwa zjawiska kulturowe poprzez podanie ręki już w pierwszych dwóch utworach na płycie. "Surf św. Wawrzyńca" to modernistyczna interpretacja wspomnianego wcześniej gatunku zakończona field recordingowymi odgłosami mew silnie sugerującymi związek z plażą, wodnymi akwenami. Podobne wrażenie słuchowe generuje "Gustav Houllebecq is dead (Surf św. Jana) ", z tą subtelną różnicą, iż końcówka utworu to preludium do przeważającej na albumie post-hardcore’owej ekspresji połączonej z wykorzystaniem grindcorowych blastów, które usłyszeć można również w najjaśniejszym punkcie albumu – wariacji pod tytułem "Insomnia Manna Hammadi". Praca gitar w obu surfach maluje muzykę, która doskonale sprawdziłaby się jako soundtrack w grindhouse’owej produkcji Rodrigueza, czy Tarantino (vide piosenka–protoplasta surf rocka – "Misirlou" Dicka Dale’a wykorzystana w ścieżce dźwiękowej do Pulp Fiction).

Porzucając już rozważania na temat umiejscowienia płyty w czasie, Post-Mortem Lovers zachwyca swoimi iście unwoundowymi riffami ("Airhole"), melorecytacją popularną wśród umuzycznionych, wrażliwych chłopców z początku lat dziewięćdziesiątych uwielbiających fotografować się tylko w dwukolorowej konfiguracji oraz sprytnie przemyconym orientalnym uduchowieniem. "Tuphana", bo tutaj jawi się ten pierwiastek egzotyczności, swoim miarowym biciem w bębny i jazgoczącą gitarą przypomina folklorystyczny rytuał rodem z Timoru Wschodniego, gdzie genezy tytułu szukać należy. Trudno również przeoczyć zamykający płytę, najbardziej melodyjny, pozbawiony pazura i bezczelnie kipiący indie rockową beztroską numer w całej, niezwykle przecież bogatej, kompozytorskiej karierze Kuby Ziołka. Znakomite zwieńczenie krótkiej, aczkolwiek barwnej wędrówki przez kurz i napastliwie oblepiające słuchacza reminiscencje lat minionych przy akompaniamencie pozornie brutalnych gitar i niesfornej perkusji.

Tytuł, ostatni z elementów układanki, to tylko i wyłącznie podkreślenie wyczuwalnej apoteozy przeszłości, zdefiniowanie samych siebie – miłośników pośmiertnej (w domyśle) sztuki. Pocztówka muzyczna za więcej niż sześćdziesiąt centów, taka niepospolita. Czapki (czy może w tym wypadku, zważywszy na okoliczności, trafniejszym byłoby określenie "kapelusze") z głów, panowie.


Witold Tyczka    
14 września 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie