RECENZJE

Earth
Angels Of Darkness, Demons Of Light 1

2011, Southern Lord 5.4

Te miasta są z pozoru takie same: wyłaniające się z piachu pomniki ludzkiej brawury i bezkresnej głupoty. Rozrzucone bezmyślnie po bezbrzeżnym pustkowiu, dryfują w rozżarzonym powietrzu, marząc, że są statkami na falującym morzu. Nie są, choć przysadziste, drewniane zabudowania opierające się konsekwentnym pochodom pyłu, mogłyby przypominać barki. Mogłyby, jeśli któryś z ich mieszkańców przypadkiem widział w swoim życiu dość wody. Osady postawione tylko po to, aby koniec świata też miał swoją reprezentację. Znudzonych przedstawicieli, w których życiu dzieje się niewiele, a właściwie to nic, gdyż każda, mająca tam miejsce, aktywność związana jest poniekąd z brakiem egzystencji. Śmierć stanowi tu jedyny emblemat dziejów. Jej kapłani śpią do późna w skrzypiących ruderach. Nigdy za długo. Każdy z nich ma własne metody, na których, niczym na barwach szkolnej drużyny, budowana jest tożsamość lokalnego skupiska.

Poprzednią osadę zamieszkiwali tradycjonaliści. Chociaż był nagrzany jak arizońskie powietrze, pamięta to dobrze. Długa lufa, która – wbrew prawom fizyki – nie błyszczała w popołudniowym Słońcu, wychynęła zza filara, by zwolnić mózg jego gadatliwego sąsiada. Mordercza średniówka przerwała mu w pół zdania. Młokos. Zapomniał, że w tych miejscach nie ma miejsca na śmiech, krzyk czy przesadne gesty. Nieheblowana czytelnia. Miejscowi bibliotekarze zaś nie mają w zwyczaju ostrzegać. Zdecydowanym krokiem opuszczają swoje stanowiska i przerywają lekturę, nie dając nawet dokończyć rozdziału. Na szczęście, on naczytał się już w tych miastach, więc po chwili – z elegancją, lecz zdecydowanie – opuszczał miejsce rzezi. Zanim lufa jego ulubionego Colta ostygła, on zdążył już pozbyć się wspomnienia rozrywanego mięsa i pękających kości. Będąc kilometr za osadą, nie potrafiłby już powiedzieć czy miało to miejsce dziś, wczoraj czy miesiąc temu. Nie kłóciłby się też, gdyby ktoś przekonywał go, że do strzelaniny w ogóle nie doszło. Narracja zlewała się w rozciągłą magmę. Powiedziałby, że liczy się tylko teraz, ale to "teraz" właśnie minęło. I jakoś za nim nie tęskni.

Gdy na horyzoncie zamajaczyły kolejne zabudowania, poczuł szczątkową ekscytację. Rodzaj odległego, nie dającego się całkiem stłumić, pobudzenia. Po pierwsze na rogatkach witała go świadomość końca. Jednak tyle razy migał się już od płacenia myta, że ta za bardzo go nie obchodziła. Tym, co poruszyło skorupą jego wielkiego, wysuszonego ciała, była myśl, że wreszcie znajdzie to miejsce. Cel swojej wędrówki a może i powołanie. Od dawna napotkani podróżni zapewniali go, że widzieli to właśnie w tym miasteczku. Nadpalona bryła kościoła, wykluczała wszelką wątpliwość. Znajdzie to. Osiedli się. Będzie u siebie.

Wjechał niespiesznie. Zresztą, wiatr i wirujący piach nie pozwalały na wiele więcej. Na głównej, przechodzącej przez osadę niczym odwiert, ulicy nie napotkał żywej duszy. Lokalna tektonika usypiała. Wiedział jednak, że najmniejszy ruch, skrzypnięcie, trzask okiennicy i może dojść do trzęsienia. Jeśli tylko się myli. Gdyby nie wszechobecna suchość, przełknąłby ślinę. Ruszył środkiem. W ręce trzymał broń. Odwodniony, nie pocił się. Mijane domy wykazywały tak wielkie podobieństwo, że przez chwilę uległ wrażeniu, że stoi w miejscu. Gdy repetytywność wrażeń zaczęła go męczyć, skręcił. Odchodząca w prawo odnoga, poza tym, że węższa, również wyglądała na całkiem opustoszałą. Po raz pierwszy przemknęło mu przez myśl, że mu się nie uda. Jechał dalej. Dlaczego mieliby go oszukiwać? Wszyscy. Nawet ci, którym łamał nogi. Znów skręcił. Czy był tu przed chwilą? Nie, niemożliwe a jednak uderzenie déjà vu niemal zrzuciło go z konia. Poprawił kapelusz i, póki mógł, zeskoczył o własnych siłach.

Szedł bardzo powoli. Mięśnie miał zastane a wiatr nie ułatwiał sprawy. Przywiązany do płotu koń zniknął w mgle pędzącego kurzu. Wbrew rozsądkowi, był coraz mniej skupiony. Monotonia krajobrazu, cisza, bezruch, anty-Atlantyda na środku pustyni. Dotarł na plac. Znowu nikogo. Wszystkie okna zamknięte. Przed gospodą żadnych koni. Odbezpieczył broń i wszedł na werandę. Poczuł od dawna zapomniany zapach – pot. Gdzieś z głębin wysuszonego ciała, wystąpiła strużka słonej wody i pociekła po spieczonej łysinie. Otarł czoło. W myślach policzył do trzech i energicznie otworzył drzwi. Rozejrzał się, trzymając broń gotową do strzału. Niestety, saloon nie wyróżniał się niczym na tle obumarłego miasteczka. Tutaj również rządziła bezlitosna cisza. Absolutyzm pustki. Gdyby nie zakurzony kontuar, opróżnione butelki po whisky i Earth grające swoją smętną americanę w rogu pomieszczenia, pomyślałby, że wciąż stoi na placu. Obrócił się na pięcie i wyszedł. Gdy przechodził przez plac, wyciągnął rewolwer i wystrzelił w powietrze. Rozległ się huk. Potem znów cisza. Nic.

– I jak ja znajdę to jebane Phoenix!? – zaklął Gortat, wsiadając na konia i odjeżdżając w stronę zachodzącego Słońca.

Jan Błaszczak    
16 lutego 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie