RECENZJE

Earlimart
Everyone Down Here

2003, Palm 5.7

Zjawisko deja vu jest w równym stopniu urokliwe, co denerwujące. Kiedyś stałem dziesięć minut nad zlewem w kuchni robiąc zupełnie nic, rozmyślając nad tym, że taka sytuacja już mi się wcześniej przydarzyła albo co najmniej objawiła w jednym z tych proroczych snów, które wszyscy czasami miewamy. W końcu postanowiłem, że nie warto się katować i zapomniałem o całej sprawie. Wyszedłem z kuchni. Tak, Earlimart to jedno wielkie deja vu. Tyleż przyjemne (bo ściągają od najlepszych), co wkurzające, bo przez cały utwór zastanawiam się, gdzie słyszałem taką właśnie sekwencję akordów, melodię, a nawet tekst (!). Po sporym auto-destrukcyjnym i męczącym wysiłku umysłowym, w czasie którego to procesu mam wrażenie, że więcej ubywa mi szarych komórek niż przybywa (dalej szydercy), po daremnych próbach namierzenia w pamięci odpowiedników piosenek Earlimart, mógłbym przysiąc znajdujących się w mojej kolekcji, zostawiam Everyone Down There w cholerę.

Jeśli do jakiegoś zespołu pasuje określenie "żeruje na tradycji", to jest nim właśnie Earlimart. Przy czym nie jest to typowy pasożyt bez talentu (patrz na przykład cała obrzydzająca polska scena post-rockowa), ale całkiem zdolny oszust, poruszający się po obrzeżach desert-rocka, niezal-popu, cosmic americany oraz slow-core'u i robiący to we względnie znakomitym stylu. Ale Earlimart śmierdzi. Ta grupa należy do tej samej zakłamanej kategorii, co ludzie przechodzący przez życie udając erudycję, mądrość i inteligencję, nawet przed sobą. "Czytam Ulissesa, jasne że czytam. Super książka. Tylko nie mam na nią czasu. Jako zakładki używam legitymacji Mensy. Proces? Jak dla mnie przereklamowane". Aaron Espinoza też dobrych zespołów słucha, jasne że słucha. Ponadto potrafi rozebrać na czynniki pierwsze wszystko, co składa się na wielkość tych grup / albumów, poustawiać w zmienionej konfiguracji w idealnie harmonijny sposób i podpisać własnym nazwiskiem. Wszystko fajnie, dopóki nie zaczniemy się zastanawiać, że skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle. Dlaczego płyta, którą teoretycznie powinienem uznać za wielkie objawienie, spływa po mnie jak powietrze.

Na przykład dlatego, że sekwencja "The Movies / Lost At Sea", wydobyta z czasoprzestrzeni i rozpatrzona w separacji, wydaje się być tworem pozbawionym usterek, poukładanym i wymuskanym formalnie, ale jej przejmująca niesamodzielność, powielanie cech charakterystycznych dla innych grup, z Grandaddy i Sparklehorse na czele, powoduje brak akceptacji i pewną trudność w traktowaniu utworu jako osobistej wypowiedzi artystycznej Earlimart. Choćby nie wiem jak ładnie prezentowałaby się ta progresja, do bólu nie-ich, pół-udawane smuty Espinozy, och-tak-bardzo-oryginalne efektowne przejście z atmosferycznego popu do żwawego rockowania (Blur 13, kojarzy mi się, nie wiem czy młodzież słyszała) i zamknięcie tego w klamrę, nie jestem w stanie pozbyć się wrażenia, że Aaron cały czas wciska nam wielki bullszit i nie warto traktować go poważnie.

Współpraca Espinozy z Arianą Murray w "We're So Happy (We Left The Piano At The Truck)" naśladuje harmonie wokalne osiągane przez duet Alan Sparhawk / Mimi Parker, sposób w jaki powtarzany jest wers "We're so happy, we're so happy aa ha" przypomina fragmenty I Could Live In Hope, a najbardziej – cudowny refren "Words". Jednak choćby nie wiem jak blisko Earlimart zbliżał się do eterycznego slow-core'u wczesnego Low, czy dream psychodelii Grandaddy, nie potrafi ukraść od nich magii. Trochę jak w filmach amerykańskich: "Możesz zabrać mi żonę, dziecko, dom, samochód, psa, papugę, ale jednej rzeczy nigdy mi nie zabierzesz – mojej dumy". Słyszysz co do ciebie mówię Espinoza? Wzywam czarnuchów z palnikami i kończy się twój krótki, zasraniutki żywot plagiatora.

W ogóle wtórność Earlimartu byłaby o wiele łatwiejsza do przełknięcia, gdyby w tym cytowaniu pozwolili sobie na odrobinę ludzkiego niechlujstwa, zamiast forsować gładziutkie aranże i wygłaskaną produkcję, jakby Everyone Down Here było co najmniej płytą stulecia. To kolejna rzecz, która odbiera im autentyczność. Owszem, być może zaczynam powoli prezentować krytyczny faszyzm w temacie Espinozy i spóły. Od strony obiektywnej wartości muzycznej album zasługuje na wyższą ocenę i nie wykluczam, że osoby, których akurat to oszustwo nie porazi, będą zachwycone, ale szczerze nie potrafię cieszyć się tą płytką. Znakomity krążek o smaku gnijącej ryby.

Michał Zagroba    
13 lipca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie