RECENZJE

Earl Sweatshirt
Some Rap Songs

2018, Tan Cressida / Columbia 7.5

Łukasz Krajnik: Earlowi powinien kibicować każdy szanujący się miłośnik rapowej awangardy. I nie mam tu na myśli zjadającej własny ogon syntetycznej kontestacji Death Grips albo post-memicznego swowizdrzalstwa JPEGMAFIA. Chodzi mi raczej o szczerą swobodę formy, antagonizującą przyzwyczajenia odbiorców związane z wizją relacji MC i bitu. Najbardziej radykalne dziecko Odd Future podnosi własną bezkompromisowość o poziom wyżej i ubarwia powykręcane quasi-jazzowe podkłady płynnym strumieniem świadomości. Sweatshirt przerasta nawet prywatnego mistrza w żelaznej masce, ponieważ jego językowe łamańce są nośnikiem treści, a nie samowystarczalnym, pustym popisem.

Utopiony w brzmieniowej kakofonii raper, monotonną manierą godną Bustera Keatona maluje obraz bolesnych doświadczeń, których nie powstydziłby się artysta starszy o cztery dekady. Każdy wers wypluty przez tego młodego chłopaka nosi znamiona dojrzałości nieprzystającej do filozofii lansowanej przez jego rówieśników. Trwający tyle, co przerwa na lunch album przypomina "flash fiction" Hemingwaya. W ramach ultrazwięzłej stylistyki przedstawia egzystencję w pigułce wraz z jej mrocznymi i jaśniejszymi stronami. Wieńcząca całość puenta jednocześnie zamyka opowieść i motywuje do ponownej konsumpcji.

Najgorszym banałem jest nazwanie płyty hip-hopowej okazem "współczesnej poezji". Natomiast naprawdę ciężko o bardziej perfekcyjny przykład ilustrujący tę, być może nie do końca zgrabną formułkę, niż właśnie Some Rap Songs. Kolekcja eksperymentalnych impresji całkowicie porzuca wyrazistość struktur, skupiając się na uchwyceniu skrajnych, emocjonalnych stanów. Aby to osiągnąć, twórca wyrusza w rejs wzdłuż wybrzeży podświadomości, zastępując chronologię intuicją. I tym sposobem płyta roku zmaterializowała się jak na zawołanie.

Tomasz Skowyra: Ja pana Sweatshirta znam i Earla, fajny, ale no... czy nie za wcześnie zrobiono z Some Rap Songs instant klasyka? Czy to faktycznie album, który zapamiętamy na długo, jak choćby Madvillainy? Czy wystarczy dziś mocno zboczyć z trapowej drogi w kierunku "awangardowego rapu" (hmm), by zyskać przychylność mediów? Czy na SoundCloudzie nie ma pełno RZEZIMIESZKÓW, którzy bawią się demówkowym hip-hopem, a Earl zgarnia propsy tylko dlatego, że pokazał to szerszej publice? Wreszcie: czy te zapętlone bity na STRUMIENIU trwającym tyle, co ustalony niedawno przez Kanyego format LP są faktycznie aż tak błyskotliwe, czy to tylko sprytnie ugnieciona mieszanka, która pochłonęła Madliba, Chucka Persona, Prefuse 73 i pana Ye właśnie? I czy rzeczywiście Earl jest tak wyśmienitym raperem, że jego linijki będziemy cytować jeszcze przez lata?

Na te wszystkie pytania można odpowiedzieć przecząco i twierdząco. Każdy pewnie już zdążył udzielić własnych odpowiedzi, ale w moim przypadku istotne jest to, że te pytania w ogóle się pojawiają. Nie zrozumcie mnie źle: Some Rap Songs to samogrający mixtape balansujący na granicy surowego i popowego świata, który trudno zignorować. OWSZEM, gdy usłyszałem to pojebane gówno "Nowhere2go", liczyłem, że Earl zmiecie wszystkich tych klepiących formułki raperów bez ruszania kciukiem w bucie (patrząc na albumową ewolucję uda mu się to za cztery albumu: wtedy to będzie jakiś Merzbow-rap). Tymczasem on wybrał własną wersję wydarzeń i nic mi do tego. Zwłaszcza gdy siłuje się na ręce ze Scottem Herrenem w "Red Water", płynie po bicie wyprodukowanym jakby przez projekt KWJAZ w "Cold Summers" albo tonie w ramionach Lopatina kręcącego vaporwave na boku w "Eclipse". No i jeszcze warto poczytać teksty, bo Earl to niezły HERBATNIK jeśli chodzi o lyriki. Tak czy inaczej zostałem ze swoimi wątpliwościami i na razie muszę z tym żyć (czas i historia zrobią swoje + "za krótko grał, żeby go ocenić"), ale między mną i Earlem jest całkiem spoko.

Redakcja Porcys    
17 grudnia 2018
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie