RECENZJE
Earl Sweatshirt

Earl Sweatshirt
I Don't Like Shit, I Don't Go Outside

2015, Tan Cressida 7.0

Zacznę od ważnej osobistej deklaracji: powszechnie pozytywny odbiór najnowszej płyty Earla wywołuje mój optymizm nie tylko dlatego, że DZIECIAK ma umiejętności wyprzedzające wasze przewidywania o co najmniej sto lat, ale również z tego powodu, że mówimy tu o szczerze krewkim, stuprocentowo ludzkim, najbardziej firmowym raperze z wilczym apetytem na udowodnienie swoich racji od czasów, gdy Slug z Atmosphere nie wykazywał jeszcze skłonności do popadania w starczą demencję. Myślę, że rozumie mnie każdy, dla kogo postać Earla nie jest tylko półanonimowym dostarczycielem scrobbli na last.fm, a też cielesną, oddaloną o kilkadziesiąt tysięcy kilometrów figurą z codziennymi problemami czy dylematami, która pomimo młodego wieku zdążyła przyjąć już na barki dużą dawkę życiowego rozczarowania. Każdy, kto z wypiekami na twarzy i poobgryzanymi paznokciami śledził następstwa podjętej przez matkę Earla decyzji o wysłaniu syna do rygorystycznej szkoły na Samoa, z dziecięcą radością czytał wywiad przeprowadzony z Tysonem czy zachwycał się procesem szlifowania artystycznej osobowości od zarodka, czyli formalnie od premiery EARL, mixtape'u roku, nagranego przez szesnastolatka (!) z techniką MF DOOMa (!!) opierającego się w pełni na swoim cynizmie i bezczelności. Jeżeli nadal ktokolwiek z obecnych na sali nie dostrzega żadnego świństwa w dołączaniu do dyskusji na temat, czy istnieje na tę chwilę jakiś zdolniejszy, kreatywniejszy treściowo, bardziej absorbujący uwagę swoją ślamazarno-doomową narracją raper U-21, to wszystkie te wątpliwości powinny zostać arbitralnie ucięte, gdy pod rozwagę weźmiemy, że I Don't Like Shit, I Don't Go Outside jest docelowym efektem nieugięcie rozwijanej od kilku lat, jednorodnie estetycznej wizji nokturalnego rapu, zarejestrowanego niemal w całości na AU-TOR-SKICH bitach (!!!). Jezu, rocznik '94, "boję się pomyśleć jak mój styl będzie brzmiał za rok, wypierdalał będzie cię jak proch, burzył każdy blok".

Earl kontynuuje trop – oczywiście pokracznej na swój sposób – dojrzałości. Zmyślone historie o gwałtach, horrorcore'owe opowieści o morderstwach i obrazoburczość zostały naturalnie zastąpione spowiedzią młodocianego neurotyka, osobistym odwiedzeniem kilku wyboistych etapów życia, poruszaniem problemów niestabilności emocjonalnej czy depresji. Treść wciąż raczej przypomina Doris niż EARL, ale tym razem podano ją w bardziej zwartej, homogenicznej formie. Nawet na chwilę nie ma taryfy ulgowej – zostajemy wprowadzeni w odmęty mrocznego świata bólu, małych dramatów, cierpienia, tęsknoty i uzależnienia od Xanaxu. Zestaw obserwacji z przeszłości przenika się z uczuciowym ekshibicjonizmem i autobiograficznymi wątkami, a w międzyczasie mamy jeszcze trochę kurwienia na konieczność cykania sobie fotek z fanami czy jechanie po byłej. Krótko: tak bogatej wewnętrznie, osobiście poprowadzonej płyty można doszukiwać się w tym roku co najwyżej u Sufjana, reszta nie ma nawet podjazdu.

Dostajemy na tacy klucz do prawdziwej brzmieniowej stajni Augiasza. Nie chodzi jednak o zwykły brud, bardziej o wyrachowany mrok, "piękną brzydotę", idealnie wyważony klaustrofobiczny klimat rodem z włoskich horrorów lat '70. Earl jako bitmejker powinien zresztą stanowić przykład do naśladowania dla raperów, którzy też chcieliby poszerzyć swoje kompetencje o producentkę: przypominam, że pierwsze wieści o jego zakusach w tym kierunku sięgają jakieś dwa/trzy lata wstecz. Na Doris nie było rzucania się na głęboką wodę; najpierw małe rozeznanie terenu, poprawienie warsztatu, nauka i dopiero drugie legalne wydawnictwo przyniosło oparcie warstwy muzycznej prawie w całości na autorskich podkładach. Bity są skrojone na powtarzających się do znudzenia loopach, brejowate, mocno skondensowane, bardzo sprawnie podążają szlakami konwencji eksploatowanej lata temu przez Eshama i innych pojebów, ale przy tym nie robią tego bezwiednie i w morzu tych wszystkich inspiracji bez problemu można odczuć charakterystyczny, apatyczny sznyt gospodarza. Co znamienne, słyszymy tu pewien koncept brzmieniowy – część z kawałków kończy się wieńczącym całość instrumentalem, stanowiącym coś w rodzaju cody. Mam też wrażenie, że pod tym względem I Don't Like Shit, I Don't Go Outside jest dokładnie taką płytą, jaką chciał nagrać Tyler podczas pracy nad Goblinem; właściwie da się zauważyć jeszcze kilka innych, wykraczających poza stricte muzyczne obszary analogii: zbliżony wiek obu raperów, większościowy pakiet udziałowy przy sprawowaniu pieczy nad muzyką, skłonności do świadomego bądź nie budzenia kontrowersji wybranymi środkami wyrazu. Kompletne obrazy tych dwóch krążków oczywiście znacząco się od siebie różnią i to nie tylko w ogólnym wydźwięku, bo Earl jest przede wszystkim dużo lepszym tekściarzem od Tylera, ma też większą smykałkę do stapiania dźwięków, więc i efekt końcowy nie pozostawia żadnych złudzeń. Niemniej sądzę, że taką świadomość ma nawet sam Tyler, biorąc pod uwagę ewidentną chęć prowadzenia małej wewnętrznej rywalizacji i okoliczności, w jakich wypuścił ostatnio Cherry Bomb.

Otwierające "Huey" paradoksalnie nie zwiastuje bezpośrednio tego, co ma dziać się w dalszej części płyty, wręcz cwaniacko odskakuje od znanego z poprzednich nagrywek ciężaru gatunkowego, łącząc wyluzowaną nawijkę Earla z ochoczo przygrywającym motywem organowym i delikatnymi snare'ami. Są tu wprawdzie dotknięte tematy niezrozumienia przez krytyków czy śmierci babci, ale brzmi to zaskakująco powściągliwie. Dopiero mniej więcej na wysokości "Mantry" zahaczamy o sedno sprawy. Earl zaczyna być naprawdę wkurwiony – najpierw przygotowuje grunt luźną braggą, później podaje w wątpliwość sens sławy i nakreśla minusy swojej wysokiej pozycji w rap grze (niektórzy nawet twierdzą, że to delikatna zaczepka w stronę Tylera i OF, lol), ale moment kulminacyjny nadchodzi w drugiej zwrotce. Cała "szesnastka" poświęcona jest jego ex i, bądźmy szczerzy, suce dostaje się z taką siłą, słychać w tym post-rozstaniowym manifeście tyle pasji i zaangażowania, że ja gościowi z miejsca wierzę w każde słowo. What you offering here? <'3 Bez pierdolenia: to najbardziej angażujące linijki w tym roku i być może najlepsze wypunktowanie relacji z byłą partnerką, jakie słyszałem w życiu. "Faucet" i singlowe "Grief" to uliczny jazz w pełnej krasie – akordy, mgliste tekstury, narkotyczna synteza żałobnych, tlących się pod grubą warstwą szorstkich bębnów melodii z opowieściami o matce i detalami odnośnie przeszłych kłopotów z ćpaniem tworzą doskonałe wprowadzenie do tego zepsutego świata. Bit w "Off Top" jako jedyny na albumie jest autorstwa Left Braina, ale zbudowany na fundamentach ponurego pianina i zwichrowanego sampla wokalnego stanowi idealne tło pod zrezygnowane wynurzenia Earla, ani na chwile nie ustępując pracy młodszego kolegi. "Grown Ups" uderza obrzydliwie ciężkim basem i sprawnymi fragmentami elektrycznego wiosła, na które gościnne wersy położył Da$H. To zresztą jeden z czterech featów – pozbawionych głośnych ksywek, zrzeszających samych podziemnych graczy, ale bardzo dobrze wpisujących się w ogólny kontekst Warto pochylić się tutaj nad ostatnim gościem, Vince'em Staplesem. Kuuurwa... powiedzieć, że współpraca Vince/Earl jest najbardziej zażerającym zjawiskiem w obecnej muzyce, to jak nie powiedzieć nic. I choć nadal uważam, że szczytowym osiągnięciem tego duetu jest "Hive", w którym Vince, mając dwadzieścia lat, rzucił niezaprzeczalnie zwrotkę dekady, to "Wool" ponownie ukazuje zajebiście wysoki poziom.

Niesamowite, że w kalendarzu dopiero połowa kwietnia, a 2015 już w tym momencie wypluł na świat bardzo szeroki przekrój rapowych wydawnictw, które lekką ręką wygrywają konfrontację z bitymi dwunastoma miesiącami ubiegłego roku. Propozycja Earla jest najbardziej poruszająca, wciągająca, introwertyczna i pod pewnym kątem zimnofalowa, dzięki czemu mam gwarancję, że przy stosownym dawkowaniu i dalszym odkrywaniu dostarczy mi jeszcze mnóstwo niepokoju i wzruszenia przez niezliczone wiosenne/letnie/jesienne/zimowe wieczory. Nie wiem, czy jest jeszcze ktoś, kto nie miał okazji zapoznać się z I Don't Like Shit, I Don't Go Outside, ale jeśli tak, to mówię od serca – pierdolcie jutrzejsze plany i spędźcie ten dzień z najfajniejszym dziwakiem rap gry. Warto.

Rafał Marek    
20 kwietnia 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie