RECENZJE

Dungen
Ta Det Lugnt

2004, Subliminal Sounds 9.1

"Szwed, do chuja! Miło cię widzieć"

W zeszłym roku wydawało mi się, że Café Tacuba stanowiło ożywczy powiew "egzotycznego" popu na rynku całkowicie opanowanym przez anglojęzyczne, zachodnioeuropejskie i japońskie produkcje. Mówiło się wtedy: posłuchajcie tego, a wymiękniecie – śpiewają po hiszpańsku i uchodzą za meksykańskich Radiohead (tylko lepszych). W przypadku Dungen po cichu liczyłem na równie zajebiste wrażenia z gatunku tych niecodziennych. O ile skandynawskie skubańce zazwyczaj śmigają po angielsku jak nejtiwi z dziada pradziada, o tyle ci mieli być pełnokrwistymi stuprocentowymi szwedzkimi Szwedami bez ściemy.

Gdybym teraz poinformował, że otrzymałem nieco więcej niż na to liczyłem, chyba obrażałbym inteligencję czytelników, prawda? Kurwa kurwa kurwa mać (posłuchaj chuju jeden co mówi nasza brać). Cały ten chujowy rok czekałem na taką płytę, a nadeszła z najmniej spodziewanego rejonu, geograficznego i stylistycznego. Po pierwsze jesteśmy przyzwyczajeni, że na północy zazwyczaj podróbki trendy-wzorców wyspiarskich fabrykują. Po drugie kojarzycie może kultową rubrykę "Magical Mystery Tour" redaktora Leśniewskiego? Świrus z pasją i uporem godnym lepszej sprawy promował włoskie wydania singla Help! (Aiuto!) Bitlów, nowe fale brytyjskiego hejvi-metalu i absolutną czarnotę art-rocka. A więc gdyby złożyć w Mega Discu wizytę z egzemplarzem Ta Det Lugnt pod pachą, pewnie do końca życia pan Jacek całowałby nas po rękach. Dungen resuscytuje bowiem niemodne patenty progresywno-psychodelicznego grania (Arzachel, Indian Summer, anyone?), obdarzając to indywidualnym, super-świeżym i oryginalnym jak diabli feelingiem. Ludzie niemrawo próbują przekonywać coś o delikatnym prog-revivalu, wymieniając obok siebie nazwy Ghost, Comets On Fire i Dungen właśnie. A zestawianie projektu szwedzkiego wonderkida Gustava Ejstesa z momentami mistrzowskim, ale całościowo nużącym zwariowanym jamem Blue Cathedral lub, jebaniutkimi notabene, baśniowymi orientalnymi ilustracjami Hypnotic Underworld kwalifikuje się jedynie do szufladki z napisem: nieporozumienie, get fucking ears.

Ta Det Lungt, hm, jak by to powiedzieć. Nic poza Satanic i Blueberry nie jest w stanie w tym roku nasycić zmysłów taranującym natłokiem muzycznych konkretów. Walec. Dominator. To nie jest byle rozbudowane formalnie sranie w banie, tylko namiętne bachanalia, gdzie każde ekstatyczne solo wiosła Reine Fiskego przycięte zostaje do formatu szaleńczego, ale przystępnego motywu w wymiatającym komercyjnym przeboju powiedzmy. Jeśli kogoś rajcują (nie ma tego słowa) skomasowane ataki wsiąkających przez skórę modulacji tonalnych, to i tak swojego egzemplarza mu nie sprzedam. Połamana, deerhoofowa, zdekonstruowana drum-bass-gitarowa kawalkada w intro zaprasza do kwiecistego hymnu "Panda". Maniakalne wrzaski wioseł gonią przestrzenne wibracje, a wraz z nimi podążają bombastyczne wokale Ejstesa, piejącego z egzaltacją i mocą jednocześnie, jakby do Jonsiego dopompowano trochę krwi i męskiego hormonu; podczas gdy w innym ujęciu równolegle odbywa się trzymająca zwartość drapieżna spaz-corowa jazda z post-punkowymi inklinacjami (obczajcie basik w pewnym momencie jak pomyka: Minutemen).

Podobne tendencje można zauważyć w przypadku "Gjort Bort Sig" i "Festival". Obficie nasączone reverbem gwieździsto-orgazmiczne wystrzały, czyli przejawy niepohamowanego wertykalizmu oraz piekielnie gęsta, zintensyfikowana faktura rytmiczna. Can mi się kojarzy trochę. Powiedzmy soczyście wzbogacone i nowocześnie opracowane, bardziej emo, potężniejsze Monster Movie albo być może bliżej do roziskrzonego soundu "Deadlockowych" epizodów Soundtracks i tych świszczących odcinków "Mother Sky". Prawdziwe wyzwanie intelektualne pojawia się w drugiej części albumu, gdy momentami znika pop. Penetrowanie uroków "Börtglomd" przypomina wdepnięcie w głębokie, ciemne chaszcze zmutowanego progu. Albo o co chodzi z "Om Du Vore En Vakthund", odjechaną mistycyzującą akwarelą trzymaną w ryzach przez energetyczną jazzową sekcję. Nawiedzony Yes ze Squirem, Brufordem i Wakemanem na czele meets Andrzej Towiański. Łatwiej przemawiają space-rock, kosmiczne wyładowania, smyczkowo-fortepianowe astrowojaże "Sluta Följa Efter" i tchnący podniosłą, "ogniskową" (sorry za profankę) celtycką, a może nordycką magią "Du E För Fin För Mig". Szamańskie zakończenie demonstruje na chwilę jak powinien wyglądać produktywny outre-noise. Coda, na którą składa się dwuminutowa ekstaza gitarowa obudowana masywnym bębnieniem za warstwą przesteru ustala najwyższe standardy dla badaczy bujnej neo-prog psychodelii, załogi Comets On Fire chociażby.

Przede wszystkim przytłacza orgia utworu tytułowego. Some of the best fucking hooks you've heard all year i refren przenoszący w inny wymiar. W outro pojawia się efekt teleportera – wyszukana knajpiano-kabaretowa przygrywka wyprowadza z hipnozy, ale wkrótce minę mam nietęgą zmiażdżony zwieńczeniem, odsyłającym w jakiś wyjebany jazzowy recital rozgrywający się na planie metafizycznym. Aron Hejdström raczy najładniejszą natchnioną partią saksofonu od nie pamiętam kiedy. Płynnie, wykwintna progresja fortepianowa "Det Tu Tänker Idag Är Du I Morgon" subtelnie wprowadza w balet, do którego leśne fleciki nie z tej parafii zupełnie, dopasowują się perfekcyjnie. Gitara tańczy tu jakiegoś walca czy coś, wkomponowując się w refrenie w piękną harmonię melodyczną. Niby zaledwie miniaturka, kołysanka, ale jakbym kurcze usłyszał adaptację atmosfery bachowego menueta w bliższą mi i współczesną rzeczywistość. Mówiąc o harmoniach, soundtrackowy motyw przenikających się linii melodycznych wyłaniający się w środku z mroków dark-ambientowej litanii "Lejonet & Kulan" za każdym razem zostawia z mojego mięśnia sercowego mniej więcej to samo, co strumień gorącej wody z kawałka waty. Ja pierdolę!

Nawet na papierze, jestem przekonany, że mało która płyta wytrzymuje w tym roku rywalizację z Ta Det Lugnt. To jest soniczny mindbending, że tak powiem oraz czysty gatunkowy zlew tradycji progresywnej z psychodeliczną, dokonany przy dojmującej melodycznej wrażliwości. Got more brilliant tunes than the church got "ooh lords" and more content than the whole Alien8 catalogue.

Michał Zagroba    
30 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie