RECENZJE

Dungen
Allas Sak

2015, Mexican Summer 6.3

Kilka lat temu w obieg ruszyła plotka, że kolejny album Dungen będzie śpiewany po angielsku, a produkcją zajmie się Jack White. Była to dość niepokojąca wizja, ale jako że zespół zawsze pozostawał poza centrum uwagi, temat szybko ucichł, nie nadchodziły żadne updejty i o wszystkim zapomniano. W istocie skończyło się na pojedynczym nieanglojęzycznym singlu "Oga Nasa Mum", o którym mało kto wie, wydanym w White’owym labelu Third Man u progu 2011. O całej zawierusze z ulgą przypomniałem sobie dopiero przed trzema miesiącami, gdy na "Akt Dit" Gustav Ejstes znów nie wiadomo o czym zaśpiewał do nas po szwedzku.

Jaka to jest muzyka i czy coś przez pięć lat od Skit I Alt się zmieniło? Na pewno trzeba wziąć poprawkę na wydarzenia związane z pojawieniem się na rynku muzycznym Tame Impali. Dwa ostatnie albumy Dungen przedzielają trzy wydawnictwa projektu Kevina Parkera. Australijczyk podbił świat i skala jego popularności daleko przewyższa dziś skromnego Ejstesa. Podobne psychodeliczne inspiracje i lennonowska barwa wokalna to odniesienia, które same narzucały konwencję porównywania tych dwóch panów. Dziś wyraźniej widzimy, co ich różni. TI to pomysł na obfite wykorzystanie technologii i typowo elektroniczne podejście do tworzenia kompozycji z dopieszczaniem produkcji i skupieniem się na detalicznych fakturach brzmieniowych oraz tworzenie struktur zwartych, gęstych i wykoncypowanych nawet tam, gdzie pozornie mogłoby znaleźć się miejsce dla frywolnego jamowania. Właśnie ta frywolność i głębsze zanurzenie w tradycji progresywnego rocka i folku charakteryzuje ciągle i niezmiennie zespół Dungen. W rozmowie z Borysem Ejstes wykazywał szczególne zamiłowanie do starego brzmienia: "Mianowicie, mam poważne problemy z polubieniem współczesnych wykonawców z powodu marnej jakości brzmienia ich utworów. One po prostu brzmią... tak słabo [śmiech]. Piosenki są znakomite, ale nie mogę ich słuchać [śmiech]. Z powodu brzmienia. Spoko, mogę ostatecznie iść na jakieś ustępstwa, ale bębny muszą być dobre [śmiech wszystkich]".

Wszystko fajnie, ale w odniesieniu do cytowanych słów, mam wrażenie, że na Allas Sak co nieco się pomieszało i wyszło nie do końca tak. Dobre i ciekawe kompozycje poprzedzielane są wręcz nudnawymi ucieczkami w wypełniacze czasu w postaci NIEfrywolnego jamowania. Instrumentalny "Franks Kaktus", choć brzmi jak Ejstes przykazał, to niezbyt daje radę, szczególnie od trzeciej minuty, gdy następuje wyciszenie, zmiana tempa i puszczenie wodzy gitary. Podobnie bez sensu odpływa w piątej minucie "En Gång Om Året", a szczytem szczytów jest ukryty pod indeksem siódmym "En Dag På Sjön". Taka bezcelowa suita wręcz nie przystoi Dungen. Kolejna sprawa to te całe bębny. Najbardziej bębniarski jest "Sista Gästen". Owszem, całkiem udana, konkretna kompozycja - no ale gdzie głębia tych bębnów? Tu prosi się o perkę z "Pandy" zamiast zbliżenia z "marnej jakości brzmieniem" współczesności - że posłużę się Ejstesa słowami.

Oczywiście jest na czym ucho zawiesić. Promocja zaczęła się od porządnej klasy singla, "Akt Dit", o którym już pisaliśmy. Płytę brawurowo otwiera numer tytułowy. O zawsze obecnym, folkowym korzeniu Dungen przypomina "Sista Festen" rytmicznie osadzony na bongosach i tamburynie, śpiewany na głosy ("varje daaag"). Wrażliwców i post-rockowców poruszyć może "En Gång Om Året", w którym ciepły, pianinowy szkielet wzmacniany jest podniosłymi wybuchami gitarowego delaya i napadów perkusji. Brzmi jak jesienny utwór - pewnie jest o kanapce z tuńczykiem, wiadomo. Jeszcze cieplej na sercu robi się podczas słuchania "Flickor Och Pojkar". Ciepły rhodes funduje eskapistyczną, ilustracyjną miniaturę i ewokuje kinowe, dekaefowe wręcz historie. Trzecia piękna barwa klawisza to hamondowskie wejście ostatniego na Allas Sak "Sova". Wkrada się szczypta "Whiter Shade Of Pale", tylko bardziej beznadziejnego w wydźwięku, za to okraszonego magicznym harfowym glissando. W sumie lubię tę płytę mniej więcej tak samo jak Skit I Allt, do której nigdy nie wracałem. Problem Allas Sak to po pierwsze brak bezdyskusyjnego hitu, który niósłby Dungen w górę w roku 2015. Nie ma też vibe’u, który przeprowadziłby słuchacza płynnie od początku do końca. Są nierówności. To płyta, na której słyszymy, że to ewidentnie Dungen, ale bardziej na zasadzie "elo, kurde nie zapomnijcie o nas, my ciągle tutaj coś próbujemy dla was nagrać, sprawdźcie" niż "robiliśmy to długo, ale byliśmy strasznie wybredni względem naszych kompozycji, chcieliśmy dla was jak najlepiej". Skutek taki, że gdy słucham Allas Sak w głowie rodzi mi się "ty, ale dawno nie wracałem do 4, muszę sobie puścić!" - tak to działa. A na koniec patrzę, że ta okładka ma dziwnie dużo wspólnego z okładką Currents. O co im chodzi?

Michał Hantke    
9 października 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie