RECENZJE

Ducktails
The Flower Lane

2013, Domino 7.4

Przyznam się szczerze, że o mały włos nie przegapiłbym nowego Ducktails. Pomimo, że poprzednie, solowe nagrania Matta Mondanile’a – dźwięki skąpane w tropikalnych odmętach psychodelii, owinięte sypialnianą lo-fi wrażliwością – przyciągały uwagę, to jednak w dotychczasowych poczynaniach gościa, brak było odpowiedniego rozwinięcia oraz dopracowania przewijających się muzycznych tematów. Deficyt harmonii pomiędzy zamysłem, brzmieniem oraz kompozycją nie dawał pełnej satysfakcji. No dobra, Arcade Dynamics sygnalizował zwrot ku rzeczom bardziej konkretnym, lecz dopiero współpraca z Domino pozwoliła Mattowi w pełni rozwinąć skrzydła. To, co w przypadku Rosenberga stanowiło poniekąd utratę pierwiastka geniuszu, u Mondanile’a zupełnie się nie sprawdza. Dzięki wejściu do profesjonalnego studia nagraniowego, pomocy swoich przyjaciół (Lopatina, Forda, kolesi z Big Troubles, Merhana, wokalistki Cults, Jessie Farkas z Future Shuttle) oraz producenta Ala Carsona (znanego ze wcześniejszej współpracy m.in. z Peaking Lights oraz Yeasayer), Matthew wysmażył swój najlepszy album, nie tylko pod szyldem Ducktails, ale w ogóle. Nie będę ukrywał, że jest to jedna z moich płyt roku. A to z prostego powodu. Muzyka gitarzysty Real Estate stoi całkowicie z boku od dzisiejszych trendów, z dala od tego całego hipsterskiego bełkotu, emanując uwielbieniem dla melodii, dla samego dźwięku jako takiego. The Flower Lane jest odzwierciedleniem tego, czego oczekuje od muzyki, kompromisem pomiędzy formą a treścią, urzekającym wyważeniem obu tych elementów.

Pośrednio na ostateczny kształt albumu wpływ miała osobowość autora. Koleś z pozoru to zwykły zgrywus, traktujący swoją osobę z dystansem. I chwała mu za to. Jednak pod płaszczykiem autoironii skrywa się wrażliwy chłopak, ze złotą ręką do pisania piosenek, plecenia motywów, które w pełni ze sobą korespondują odpowiednio się zazębiając. Bruklińczyk w swoim podejściu do sztuki powołuje się na Woody Allena. Strach przed śmiercią oraz spowodowany tym stanem rzeczy pęd twórczy jest mu bardzo bliski. Nigdy bym nie pomyślał. Ten rodzaj światopoglądu bardziej zbieżny wydawałby się z osobą choćby takiego Bradforda Coxa. Zostawmy jednak postać Matta, skupiając się na samej muzyce.

W tych piosenkach nie ma przypadku. Gdy słucham The Flower Lane, doznaję przemyślenia najdrobniejszej z rzeczy, poukładania elementów w sposób trafiający w sedno. To dosyć zaskakujące, gdy weźmie się pod uwagę proces rejestracji samych dźwięków. Lopatin nagrywając synthy, w pełni improwizował. Z zapisanego materiału Matthew powycinał fragmenty i ułożył je w taki sposób, by tworzyły aranżacje. Atmosfera w studio była niebywale twórcza, a zarazem pozbawiona jakiejkolwiek spiny. Emocje te można wyczuć od pierwszego kontaktu z albumem. Mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju paradoksem. Z jednej strony kompozycje te są bardzo przemyślane i poukładane – poszczególne partie zostały napisane z myślą o konkretnych personach, które je wykonywały (dla przykładu motywy chórków zostały skomponowane pod Jessie Farkas i Madeline Follin) – z drugiej bije z nich świeżość i naturalność, pozbawiona jakiejkolwiek kalkulacji, urzekając swoją frywolnością i wyczuciem. To wszystko nie miałoby jednak znaczenia, gdyby nie bardzo dobre, zapadające w pamięć piosenki, a tych jest cała masa.

Opener przywołuje skojarzenia z macierzystą kapelą bruklińczyka. Na tle lekko rozmytych, gitarowych partii oraz oszczędnych pochodów basu, Matt wyśpiewuje: "Well hello, it’s me again/I’m at your door come let me in", co stanowi jedynie przedsmak oraz zaproszenie do dalszej części materiału. Kawałek tytułowy rozpoczyna się od akompaniamentu elektrycznego pianina, który snuje się wokół leniwej, nieco lennonowskiej zwrotki, by w odpowiednim momencie, jak gdyby od niechcenia zostać zastąpiony wysuniętym na główny plan zarażającym refrenem. Koleś imponuje tutaj wyczuciem godnym Damona Albarna. Podobnie jak frontman Blur, Mondaline potrafi w odpowiednim momencie rozwinąć repetujący temat, czy skontrować go innym, jeszcze piękniejszym, jednocześnie doskonale uzupełniającym ten poprzedni. Jakby tego było mało, codę utworu stanowią akordy pianina zbudowane na wzór melodii refrenu, którym wtórują damskie partie chórków pod postacią eterycznego mormoranda, kojarzącego się z wokalizami Mimi Parker. No mistrz. "Under Cover" to jeden z kilku highlightów. Oparta na delikatnych arpeggiach gitary struktura kompozycji, płynie wokół zgrabnych partii lopatinowskich synthów, urzekając sennym wokalem, by za chwilę zostać przełamana przez serię akordów i wtórującą im śliczną gitarową zagrywkę.

Najsłabiej z całego zestawu wypada "Planet Phrom" – cover z repertuaru Petera Gutterigde’a – nie wyróżniający się niczym szczególnym na tle innych tracków. Kolejne indeksy to już same perełki. "Assistant Director" brzmi jak jeden z zagubionych kawałków Bundicka, ewokując motywy akwatyczne. Z kolei "Sedan Magic" z dronującymi partiami klawiszowymi Daniela Lopatina oraz refrenem zaśpiewanym przez Madeline Follin jest chyba moja ulubioną piosenką. "A kind of life/Of mortal mass/Barely lived/By the city light" – fragment ten, tak głęboko wrył mi się w świadomość, że nie mogę się od niego uwolnić. Często łapię się na tym, że powraca on w mej głowie podczas najmniej oczekiwanych sytuacji. Niespełna dwuminutowy "International Date Line" pełni rolę instrumentalnego przerywnika, swoją aurą przywołując skojarzenia z jakimś nieznanym utworem Galaxie 500. Z kolei z "Letter of Intent" wiąże się ciekawa historia. Szkic utworu został zarejestrowany w piwnicy rodzinnego domu Matta przy pomocy magnetofonu szpulowego. Słuchając finalnej wersji tego utworu ciekaw jestem, jak wypadłaby jej konfrontacja z tą pierwotną. Ewidentnie czuć tutaj rękę Ala Carsona, który nadał kompozycji nad wyraz elektroniczne brzmienie. Swoje trzy gorsze po raz kolejny dorzucił też Lopatin, czego końcowym rezultatem okazał się być kawałek bliski stylistyce sophisti popu, mocno w duchu Daniela Bejara. Zamykający całość "Academy Avenue", zagrany na akustyku, przyciąga uwagę nieco mangumowską manierą oraz czarującym hookiem refrenu.

Matt Mondanile na przestrzeni tych niespełna 40 minut zdołał zawrzeć praktycznie samą treść, bez jakichkolwiek wypełniaczy czy zbędnych motywów. Oprócz niekwestionowanej, wysokiej jakości samych kompozycji, gitarzysta Real Estate doskonale poradził sobie z brzmieniem oraz aranżacją. Poskładanie tych wszystkich elementów w jedną, spójną całość w zupełności wystarczyło, aby mógł on już w chwili obecnej pretendować do miana jednego z najzdolniejszych muzyków młodego pokolenia.

Marek Lewandowski    
26 kwietnia 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie