RECENZJE

Drynx
Horse Matrix

2017, self-released 7.3

Witamy w kokosowym mieście; kalifornijska plaża, skrzek mew i przewiercający się przez to wszystko krzyk: Kill yourself now / why wait? No spoko, czemu nie, za sekundę i tak zostaje to w prosty sposób zniesione przez ultra zmaskulinizowane Douche Bag alter ego Jorge Elbrechta, które z depresyjną łzą w oku daje jasno do zrozumienia, że nie ma tutaj miejsca na egzystencjalne pierdololo, zakładając serie lep zdesperowanemu wariatowi. Ambicje były żadne, przecież to ma być tylko zbiór luźnych zajawek nieaspirujący gdzieś specjalnie wysoko. Konceptualne braki quasi płyty miały być łagodzone intermedialnymi, intertekstualnymi, a najbardziej to interdebilnymi rozwiązaniami, w zgodzie z fundamentem całego projektu, czyli z parodystyczną siłą skierowaną w stronę mechanizmów współczesnej muzyki rozrywkowej, poprzeplataną ciężkostrawnym humorem. Jakieś skojarzenia? Chcecie zobaczyć fajną sztuczkę? Dajcie chwilę. Ekhem... wyobraźcie sobie tutaj yassujące wariacje. Tyle powinno wystarczyć, aby wyszedł nam kultowy P.O.L.O.V.I.R.U.S, w nowej, zglobalizowanej formie – Jankeski P.O.P.V.I.R.U.S umiejscowiony w alternatywnym i obleśnym komiksowym świecie, pełnym odrażających wydzielin, przenicowany potępieniem zwirowanym w betoniarce z wulgarnym koszarowym humorem – czyli z najlepszym co myśl militarna z siebie wypluła.

Drynx (czyli half man/half lynx, czyli ziomek Elbrechta, Kevin Faerkin) nie zawiódł oczekiwań (bo żadnych tutaj nie było) i w zgodzie z powolnie przebrzmiałymi trendami popowych celebrytów na tworzenie monumentalnych i artystowskich albumów wychodzących daleko poza dobrze znane muzyczne ramy, tworzy swój analogiczny projekt. Powstała w wyniku tego spójna wizualnie wizja, wzorem jakiejś Beyonce, w równym stopniu staje się koncepcyjna i totalna, z jednym drobnym wyjątkiem: zamiast z pomocą profesjonalnych producentów, Elbrecht amatorsko skleja swoje kokosowe miasto za pomocą taśmy, sznurka oraz garści gwoździ, a powstały z tego obrazoburczy efekt łączący spory gatunkowy rozstrzał, mający oddać całościowego ducha zjawiska muzyki popularnej, finalnie sklejony przeżutą gumą do żucia zeskrobaną spod krzesła.

Na samej płycie, w swojej ultra ironicznej, ale także trochę edukacyjnej krucjacie przeciwko głupocie dzisiejszego słuchacza, Drynx dokonuje szeroko zakrojonej inwazji, na tereny okupowane przez masowy rynek. Jednak z drobnym potknięciem, zwracając uwagę na to, że dokonany przez Elbrechta desant sromotnie chybia, płynąc w przeciwnym kierunku, zamiast na plażach współczesnej Normandii, lądując gdzieś w północnej Walii, formalnie mijając się o jakieś 20-30 lat, oddając niepotrzebną salwę w stronę pierzchających owiec – miała być zjadliwa satyra na aktualne popowe przetasowania, miał być zgryźliwy komentarz o współczesnym mainstreamie, ale liczba nawiązań i "cytatów" (nie no, Drynx podpierdala wszystko w takiej skali, że postmodernistyczna łatka słysząc to, ogólnie wymięka, kręci głową i idzie się zachlać na śmierć w najbliższej alkodajni) stawia pod znakiem zapytania aktualność wysuwanej przez siebie krytyki, pozostawiając w słuchaczu, zamiast zajadłego krytycznego komentarza, posmak tkliwej retromanii. Zresztą dość specyficznej, mając na uwadze to, że żywcem wyciągane z odmętów lat 80 oraz 90 doskonale znane motywy, zostają przemielone i skonwertowane przez Drynxa w sposób, po pierwsze: odpowiadający dzisiejszym standardom, po drugie: ostro wymiatający. Można czuć zawód, ale wystarczy uświadomić sobie, że występująca tutaj dźwiękowa korespondencja z latami 80/90, zdaje się naturalnym wynikiem podjętej narkotyczno-kalifornijskiej estetyki, czyniącej z występującej graficznej retro-szaty, razem z warstwą dźwiękową, mimo wcześniej ujętego gatunkowego rozstrzału, spójny materiał.

Drynx nurza się w przeszłości, odgrzebuje, wykopuje, bezkompromisowo bawiąc się szeregiem różnorodnych gatunkowych konwencji. Jest kręcenie łacha z kiczowatości i patosu metalu spod znaku Megadeth, mamy jakieś odpryski z ELO, z Prodigy, jest muzyka Latynosów, jest najgorszy Brown Wine, gdzieś tam pobrzmiewa Meatloaf, w końcówce można doszukać się czegoś na kształt Prefab Sprout, chcecie przykładu? "All My Eddies", czyli popisówka, jak ze skrajnie irytującego drewnianego kawałka do koślawych tańców/wygibasów, jakimś dziwnym, niezrozumiałym dla mnie sposobem wystrugać małe arcydzieło, w którym parafrazowanie materiału bazowego podług wizji Drynxa kończy się wypuszczeniem na salę takiego wybitnego dropa, że dla mnie to jest jakaś wyższa szkoła jazdy, przed którą usłużnie jako świeży i oddany akolita kłaniam się i skamlam jak pies. Bo jak inaczej się zachować, gdy po przeżyciu i przejściu przez niepotrzebne intro, dostajemy z jednej strony upośledzonym, z drugiej kiczowatym, a z trzeciej tak doskonałym bangierem w postaci "Apocalypse Blues" (z obowiązku lecącym godzinami na reapicie), który w swojej formie przyjmuje wyraz nadpobudliwego, pełnego akcji i dynamizmu, dającego kopa, klasycznego openera, z jakimiś à la discopolowymi, synthpopowymi powiązaniami.

Patrz jak tu jest śmiesznie, patrz jak jest tutaj zabawnie z tym przyjemnie żenującym wstępem (spokojnie, za każdym następnym razem jest jeszcze bardziej niezręcznie). Śmieszy to tylko przez jakieś pierwsze 30 sekund i nie z powodu tego, że te dalsze humorystyczne strzały są w jakiś ultra zły sposób bezbekowe albo, że ten kontrastowy pełen nostalgii saksofon przy "You can take my life" i te przepełnione tęsknotą chórki przy miażdżącym śpiewie "Apocalipse is coming", robiące w tle takie papa ram pam, papa ram pam, ostro szafują deprechą. Rozbiega się tu o to, że przy słownych zbitkach typu "Tornation / horse nations / my penis is technically small", słuchacz bardziej skupiony jest tylko na kontemplacji i chłodnym propsowaniu występujących tutaj zagrywek, nie rejestrując swoją świadomością dobra, jakie niesie ludziom tego typu poczucie chómoru.

Jednak, aby nie zalać wszystkiego przesadną sacharyną, i będąc w stu procentach z wami uczciwy, to to przygniatające uczucie obcowania z czymś naprawdę spoko, siada po połowie. Na szczęście nie na tyle, aby diametralnie ryć w dnie, raczej lekko, ledwo zauważalnie, obniżając pułap. Chociaż możliwe, że ta obniżka spowodowana jest także konfliktem z niepotrzebnym natłokiem miniaturek. Bo te wszystkie półminutowe irytujące zgrywy, radiowe średnio zabawne jingle, bezpłciowe skity łączące się w koncepcyjną mini historię, zasługują na śmiałą pacyfikację (ja się pytam wprost, pokryłeś Jordana? To tak, żeby jeszcze raz podkreślić koneksje Tymańskiego).

Dobra, jest jeszcze stojąca za tym wszystkim, światopoglądowa struktura tworząca organiczną całość, czyli ten słodki kicz. Kicz wzięty na warsztat, formalny i treściowy, kicz napędzający każdy napotkany tutaj trybik, kicz bardzo świadomy, w inteligentny sposób użyty. "Kicz jest parawanem zasłaniającym śmierć", "W krainie kiczu wszystko należy traktować ze śmiertelną powagą", "Wynika z tego, że estetycznym ideałem kategorycznej zgody na byt jest świat, w którym g*wno jest zanegowane i wszyscy się zachowują, jakby nie istniało. Ten estetyczny ideał nazywa się kiczem" – pisał Kundera (chociaż cytowanie Milana Kundery samo w sobie jest dość kiczowate). Kicz to świat bez gówna (chodzi o tę skrajną sentymentalność, ckliwość, brak brudu), w tym modelowym przykładzie, który w dość doraźny i ironiczny sposób bawi się jego przejawami, posiada on kluczowe znaczenie, w swoim kontrastowym akcie, służąc do banalnego podkreślenia występującego tutaj głębinowego drynxowskiego przerażenia, samotnego munchowskiego krzyku, żałosnego wołania o jakąkolwiek pomoc. Mamy tutaj przecież do czynienia z casusem coraz częściej pojawiających się typów grających toposem smutnego inteligenta – brudny nihilizm, grożenie pięknym samobójem, celebracja dewiacji oraz faktu sromotnego przegrywania 6:0 z życiem, plus naturalnie ostry wkurw, a z nim jeszcze mocniejsza frustracja i nienawiść połączona z niepowstrzymanym pragnieniem ujrzenia doraźnej apokalipsy; zlewającego się z niebios sztormu szarańczy albo chociaż jakiejś niezobowiązującej małej totalnej wojny, żeby wszystkim tym uśmiechniętym i szczęśliwym ludziom dojebać w klasycznym stylu: przejażdżki gwoździem po karoserii sąsiada, bo wiadomo, że ten Niemiec w gazie to przecież kradziony i za kradzione. No cóż, łatka depresyjnego, zniszczonego życiem wykształconego człowieka, to bardzo atrakcyjna łatka, chociaż w zbyt wielu punktach styczna z tumblrowską manierą pretensjonalności – co zrobić, gdy najcięższe jest tu balansowanie na tej łatwo przekraczalnej granicy.

Oczywiście całość tego uniwersalnego uczucia zostaje podlana hektolitrami zgryźliwej i kamuflującej przesadne zaangażowanie, ironii, tworzącej odpowiedni dystans pod to, aby móc "uniknąć łatwych wzruszeń, pisząc czarne scenariusze", ukrywając dominujący strach i niepewność co do własnej osoby, pozwalając poluzować rozkminy nad egzystencjalnym ciężarem codzienności. Przecież życie traktowane na poważnie to zbyt wstydliwy i jednocześnie poważny biznes, aby się z nim bezpośrednio i publicznie obnosić bez cienia zażenowania. Chyba że pieczołowicie ukrywa się to pod grubą warstwą stylu i konstruowanego szokującego komunikatu, skrajnie odbiegającego od ustalonych standardów oraz kanonów, za pomocą pełnego wulgarności języka, szafowania niezręczną seksualnością, kłopotliwymi wydzielinami, ekskrementami, spermą, potem, krwią, zboczeństwem, śmiercią, robactwem, gniciem i śmiesznymi kolorowanymi wycinankami z papieru (bo ironia).

Chyba że Drynx w swojej duchowej ewolucji, poszedł dalej, doznał nagłej ascendencji wchodząc na jeszcze wyższy meta-poziom, doprowadzając do tego, że ta początkowa scena na molo związana z poniżeniem przez Drynxa depresyjnego dziadka pragnącego śmierci dla siebie, dla innych i dla was, było na poważnie i wprost jadowicie waliło w wewnętrzną i wstydliwą pustkę nakreślonego powyżej etosu, parodystycznie grając z zastanym motywem smutnego snucia się tu i tam po świecie i irytującym gadaniem o otchłani połączonej z bezsensem poprzetykanym żartami o gwałcie czy fekaliach. Ale jeszcze kilka takich warstw ironii, nieskończonych kółek, wywrotów, dzikich salt, samochodowych bączków, cynicznych słownych Uruborosów dekonstrukcji i spróbuj sobie ogarnąć, co jest w końcu szczere, co jest naturalne, co nie, co jest wielopiętrową zgrywą i czym jest ten typ stojący przed tobą, czym jesteś ty, gdy wszystko wokół, zwłaszcza w wirtualnym zero jedynkowym świecie, robi piętnaste okrążenie desperacko uciekając od powagi. Czy my jeszcze jesteśmy ludźmi, czy już tylko powykręcanymi treściowymi nawiasami, unoszącymi się 30 centymetrów nad chodnikiem, biorącymi wszystko w kolejne ironiczne zbiory i nawiasy, i nawiasy nawiasów i kolejne nawiasy – albo po prostu jestem zbyt głupi, żeby zaczaić banalną ironię Drynxa walącą swoją dosłownością szpachlą w potylice, dowalając sobie tony projekcji i teorii, nie dostrzegając lekkości całego humoru zbudowanego na bezcelowości egzystencji. No bo jak traktować serio ten dandysowski etos podkreślający tak nagminnie pogardę dla egzystencji, gdy tak kurwa wybitnie mocno i dosadnie traktuje on coś tak efemerycznego jak życie śmiertelnie poważnie. Ziom wyluzuj, ostatecznie to już nie wiem. Skąd mam wiedzieć, zjadłbym se coś i posłuchał Kaza.

No to mając ten bełkot za sobą (wiecie, deprecjacja własnych słów jako tchórzliwa ucieczka od słownej odpowiedzialności, dekonstrukcyjny cios w samego siebie), jakby komuś było mało tej groteskowo-narkotycznej kalifornijskiej estetyki lat 80 – piaszczystych plaż, spoconych morsów w japonkach, parkowych ekshibicjonistów czy typów wyznających cały siłkowy etos à la Jaglak tropiciel hejterów lub też inny gladiator Burneika, to na Youtubie może odnaleźć nagrania sprzed Matrixa połączone z serialową zajawką w wyjątkowo złym guście, ufundowaną swojego czasu crowdfundingową zrzutą na ciepłą zupę i własny drinxowski-disneyowski Zwierzogród (Oscara raczej nie wróżę), a wraz z nimi także dzisiejszy album. Ostatecznie to była niezła przestrzeń na zutylizowanie ciężko zarobionego cashu, pozwalająca uczynić ten świat choć trochę lepszym miejscem.

Michał Kołaczyk    
19 maja 2017
BIEŻĄCE
Playlist Extra: 15 najlepszych utworów Jorge Elbrechta
Presentable Corpse"Don't End Up Alone"