RECENZJE

Drums
Summertime! (EP)

2009, Twenty Seven 6.5

KB: Wracamy do mojej ulubionej płyty września, która wtedy wspaniale podtrzymywała nadal wakacyjny feeling we mnie obecny, a teraz już kompletnie śpiący. I nawet jeśli obecny jego stan nie powinien pomagać The Drums, to moja ocena EP-ki trzyma się nieźle, a samo Summertime! przypomina mi, że jest taki okres w roku, kiedy wstawanie z łóżka nie jest najgorszym elementem dnia, bo zwykle odbywa się koło 13 i że jestem jeszcze dzieciakiem, kurewsko zresztą z tego faktu bycia dumnym. Są zasadniczo dwie rzeczy, które tak bardzo lubię u The Drums. Pierwsza to produkcja. Ktoś tam słusznie zauważył, że jest jak Beach Boys grane przez Joy Division i można sobie łatwo wyobrazić, jak taka fuzja brzmi. Nawet jeśli to nie do końca tak, i tak takie połączenie sprawuje się zjawiskowo, beztrosko i naiwnie. W drugiej sprawie chodzi o to, że ja lubię piosenki. Nie muszą się nadawać do śpiewania, ale cieszę się, jak jestem w stanie sobie przypomnieć "jak to leciało". Minęło trochę czasu odkąd sprawdzałem jak leci Summertime!, ale dzisiaj wróciłem i okazało się, że pamiętam i lubię każdą z sześciu piosenek, mam swoje ulubione linijki z każdej z nich, które zawsze wywołują u mnie uśmiech, nadal ekscytuję się dialogiem w "Don't Be A Jerk, Jonny" i nadal narzekam na lekkie przegięcie "Down By The Water", po cichu przyznając, że tak naprawdę trochę wzrusza mnie owe kiczowate zakończenie i pasuje tutaj doskonale. Były w tym roku dwa projekty na lekko, które bardzo łatwo można sprowadzić do poziomu "niezobowiązujących", "sentymentalnych", chwytających tylko na podstawie skojarzeń z muzyką przeszłą – obok The Drums to The Pains Of Being Pure At Heart. Obydwie płytki pokochałem, ale o ile piosenki na s/t Pains miały dość krótki okres ważności i rzeczywiście urzekały przede wszystkim klimatem, którego działanie nie było wystarczająco silne i długie, tak The Drums przekonuje mnie nadal – hooki, produkcja, melodie i chwytający to wszystko humor powodują, że wciąż są moją drużyną i nie zamierzam posadzić ich na ławce.

KFB: Gdybym tylko poznał tę płytę w czerwcu, to pewnie nie słuchałbym przez połowę wakacji niczego innego. Niby tego wakacyjnego luzu można było się spodziewać (patrz: tytuł), ale ja i tak byłem trochę zaskoczony "rozmachem całego przedsięwzięcia". No bo co, przecież już sam opener ma porażający refren, który trafi do serca każdego młodego chłopca, zresztą cały ten fragment: "Summer's just beginning baby / I might learn to hate you lady / One week and your acting crazy / I might have to hate you baby / This ain't what I thought it would be / This is the saddest summer ever" to jak dla mnie jeden wielki highlight całej EP-ki, który trochę kojarzy mi się z, na swój sposób "błyskotliwymi inaczej", przekazami Je Suis France. "Let's Go Surfing" to kolejny mocarz, trochę szkoda, że ten refren to jednak z mamą a nie Obamą (swoją drogą znakomity przykład na to, że ludzie słyszą to, co chcą słyszeć). Niemniej sorry Barack, leję na twojego Nobla, idę się opalać. Ciekawym rozwiązaniem jest wprowadzenie dialogu Jenny – Jonny w "Don't Be A Jerk, Jonny". Na plus znowu celny tekst: "You used to be so pretty / Now you're just tragic". Żeby zmienić nieco ten obraz wakacyjnych łobuzów wyłaniający się z pierwszych pięciu kawałków, chłopaki w closerze próbują być poważni i nawet im to wychodzi. "Kochanie, jak zaśniesz nad wodą, to zaniosę cię do domu". Może i patenty trochę im się powtarzają (handclapy, harmonie, pogwizdywanie), ale dawno nie słyszałem dzieciaków, którzy tak świadomie czerpaliby z beachboysowego dorobku nie brzmiąc przy tym śmiesznie. A Summertime! jest o tyle ciekawą pozycją, że każdy z sześciu kawałków po prostu "ma coś w sobie", dlatego będę za chłopaków trzymał kciuki. Oby tylko prędko nie dorośli.

JB: Trzeba przyznać kolesie mają dryg. Pamiętam, jak jeszcze, względnie niedawno, wchodziłem na ich MySpace jako jeden z niewielu i nic nie zapowiadało, że to się tak szybko potoczy. Potoczyło się i trzeba przyznać, że poczynione zostały wszelkie starania, aby niedaleką przyszłość spędzać na Karaibach. Co ważniejsze, za naszym przyzwoleniem.

Jest nazwa z serii The ...'s, ale przecież fajna (kto nie lubi bębnów). Są oczywiste inspiracje, ale zespołami nie aż tak często naśladowanymi (bardziej The Wake niż The Smiths, bardziej popowe oblicze The Cure niż pulsacyjne Joy Division). Są teksty o młodzieńczej miłości, ale podane w naprawdę zabawny sposób ("And i remember everything / I even loved your family"). Jest w czas wydana EP-ka, hiciory, ballady, romanse, latawce wiatr. Słucha się lekko. Dałbym więcej, ale nie znaleźli miejsca na "I Felt Stupid", a w "Let's Go Surfing" rzeczywiście nie śpiewają o Baracku – szkoda. Wszyscy, którzy uważają Wish za szczytowe osiągnięcie The Cure niech lepiej trzymają kciuki, abym recenzji LP nie zaczynał (wybornym zresztą) cytatem z "Don't Be A Jerk, Jonny". Nie przytaczam, nie zapeszam.

JM: Bębny to kapelka celująca w ten sam niezobowiązujący do-it-yourself feeling co Girls, dysponująca natomiast lepszymi hookami. Przy tego rodzaju stylistyce łatwo zachorować na samouwielbienie i są numery na tej EP-ce, które zapomniały się zaszczepić i rzeczywiście cierpią na to, niech bezprzedmiotowe "Down By The Water" będzie przykładem. Skojarzenia z overhype'ami w rodzaju Unicorns czy Vampire Weekend wypiera na szczęście całkowicie wczesno-Beach Boysowy "Let's Go Surfing", z którym widzimy się na singlowej liście roku.

Jan Błaszczak     Jędrzej Michalak     Kamil Babacz     Kacper Bartosiak    
23 listopada 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja