RECENZJE

Drums
Drums

2010, Island 5.9

Udzielający się kiedyś również i na naszych łamach Piotr Kowalczyk dosyć bezpardonowo przywalił Porcysowi na swoim blogu parę miesięcy temu, poruszając m.in. temat "fikcyjności" song-writingu jako kryterium oceny muzyki. Tak mi się przypomniał tamten wpis Piotrka, na przykładzie longplaya Drums można bowiem dobrze odnieść się do tej części jego tyrady. Wywodzący się z Florydy a obecnie mieszkający w Nowym Jorku muzycy parają się indie-popem, psychodelizując go reverbem i odpowiednio rozmytą elektroniką. Kiedy udaje im się wymyślić do tego porządny hook, świeżość godna Miami (i grasującego po nim Dextera) nie pozwala mieć jakichkolwiek pytań. Jak pewnie pamiętacie, tak dokładnie było z singlem "Let's Go Surfing", który uczynił z kwartetu naszych mini-pupilków. I teraz, kiedy ukazał się długograj zespołu, to na mnie pada, by oznajmić - panowie, wypad z baru.

Przyczyną jest "nie oznaczający nic" songwriting, czy raczej jego brak – a co ów brak oznacza? Dziwnie się czuję, tłumacząc to, ale jednak zostaliśmy wywołani do tablicy. A więc (w imieniu własnym) odpowiadam: debiut Drums jest ledwie porządnym krążkiem, bo poza "Let's Go Surfing", żaden jego fragment nie zapada w pamięć. Koniec definicji. "Dobry hook" to melodia lub motyw, który się pamięta, a "zły hook" to nudy, które spływają z ciebie jak nowy album Vampire Weekend. I rola subiektywnych odczuć nie jest tu duża – genre, teksty, proszę bardzo. Ale nie song-writing: "Billy Jean" masakruje "Earth Song" z wielu powodów, ale głównym jest lepsza melodia. Nie "według mnie" lepsza ale "po prostu" lepsza. I jasne, że ten "antyrelatywizm" w ocenie nie jest absolutny, ale spośród wszystkich kryteriów wartościowania muzyki – hook to czynnik mu najbliższy. Przyjmując powyższe założenie – a dziady-założyciele Porcys uznali je za esencję tego projektu jeszcze zanim żonie Siemomysła urodził się Mieszko - odwoływanie się do melodii jest czymś wręcz oczywistym. Czy przypadkiem nie nadużywanym przez nas niekiedy i przez to nudnym w odbiorze - to już inna kwestia.

Acha i perdone, że tak pół słowa tylko o Drums - ale serio nie ma tu nad czym się rozwodzić, to klasyczny przypadek zespołu, który nagrawszy jednego killera, bardzo szybko zaczął zjadać własny ogon. Przywołałbym przykłady innych grup, którym wydarzyło się podobne story – ale widzicie zapomniałem o nich wszystkich, i to samo czeka Drumsów.

Jędrzej Michalak    
15 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie