RECENZJE

Drivealone
Thirty Heart Attacks A Day

2009, Ampersand 6.0

Wnikanie w umysły muzyków na podstawie ich twórczości chyba rzadko kiedy prowadzi do prawdy, tym niemniej niektóre postacie aż się "proszą" o takie upraszczające świat zabiegi. I tak jeślibyście mnie spytali, co w głowie Piotra Maciejewskiego siedzi, to nie miałoby sensu bym dywagował nad tym, czy jego muzyka jest bliżej depresji, czy raczej bliżej słowa "szczęście" – niektórym to do głowy przychodzi tylko smęcenie, i zresztą są też tacy, którzy właśnie w takim podejściu się najbardziej lubują. Swoją drogą, ciekawe, ile rodzajów czystego smutku można wyrazić za pomocą gitary czy pianina, i każdy z nich zawsze znajdzie swoich oddanych fanów – od teatralnego rozdzierania szaty Anthony'ego (hmm...), przez idealistyczne smyranie Red House Painters (yes!), po chłodne i – najbardziej realistyczne – zwieszenie głowy prezentowane przez Drivealone właśnie.

No, ale w tej kwestii nowa i tak naprawdę pierwsza pełnoprawna płyta projektu nie wnosi specjalnie niczego, co by nie zostało skomentowane wcześniej. Będąc między lewym uchem Maciejewskiego, a prawym, chętniej przyjrzałbym się procesowi powstawania tych jego numerów. Bo mam wrażenie, że są dwa Drivealone'y – ten gdzie najwyższy priorytet ma piosenka, i ten, gdzie na początku było brzmienie. Większość Marionettes And Satellites a także cała epka The Letitout to ta pierwsza rasa, jako przykład drugiej podałbym znane covery. To, co zostało tam do ocenienia, to nie tyle kształty tych kawałków, ale kolory, którymi umyślił je pomalować Maciejewski – i w każdym z trzech utworów zrobił to ciekawie, a w dwóch wręcz fantastycznie. Z porcysowego, a więc piosenkowego punktu widzenia, przyszedł on jednak w tych utworach niejako na gotowe. Wydaje się, że na podobne "gotowe" liczył Maciejewski przy okazji Thirty Heart Attacks A Day. Tym razem na zasadzie – "mam unikatowe brzmienie, piosenki napiszą się same". Otóż pierwsza część zdania: tak, druga – nie.

Jak wspomniałem, takie rozważania "co tam on sobie myślał" trąci bardzo takim czy innym "-fikszyn", ale liczy się wrażenie, które wyrabia się podczas obcowania z płytą, a właśnie tak ono tu wygląda. Pewnie sporej pracy najpierw głową a później przyciskami urządzeń wymagało wycyzelowanie struktury dźwięku tak skonsolidowanej i intensywnej. I z jednej strony taki efekt to plus, bo Drivealone nie tylko nie opuszcza swojej niszy, ale jeszcze ją poszerza. Niektóre arpeggia stąpają cieżkawo jak Hey z Karmy, gdzie indziej pobrzmiewa odmłodzone Sunny Day Real Estate z Diary, nieraz zaś sam punkt widzenia, w który jesteśmy wsadzani, na myśl mi przywodził ten czy inny pejzaż... Autechre. No, sam jestem zdziwiony. W jakiś jednak słabo wytłumaczalny sposób te porównania, choć trudne do odrzucenia, nie mogą dać satysfakcjonującego wyobrażenia o kształcie Thirty Heart Attacks A Day. Brakuje im tego zaduchu, "awful feeling of electric heat", wrażenia ciasnoty. Sprzyja ono melancholii, nadając klaustrofobicznego ostrza, okej – ale w piosenki uderza.

Bo tak jak chłód brzmenia wcześniejszego Drivealone kontrastował z szalejącą wręcz niekiedy naturalnością ich narracji, tak teraz kroczymy ciężko, niczym po stronach tej lektury Zofii Nałkowskiej, gdzie ciągnące się niemiłosiernie opisy przyrody raczej niż do drzew to zachęcały do spalin i betonu (sorawa). I to nie jest tak, że któryś moment płyty jest "niemiłosiernie" taki czy siaki, po prostu te piosenki płyną jedna za drugą i poza myślą o wątpliwej kondycji wielkomiejskiego człowieka współczesnego, zbyt wiele w głowie nie zostaje. Oczywiście są wyjątki, jak nieco odciążony pod każdym względem "Random Guilty Generator" a także jak "Conspire Conspire", oferujący monolog gitary, który dla niejednego "liczącego się" rodzimego zespołu byłby szczytowym osiągnięciem w całym dorobku. Z Drivealone sprawa ma się inaczej i wystarczy odświeżyć sobie pierwsze z brzegu, wiszące na Myspace "The First Collapse" by o tym sobie przypomnieć, i co można – z perspektywy tych nowych nagrań – skonstatować rozczarowaniem.

Jędrzej Michalak    
21 lutego 2009
BIEŻĄCE
ObjektCocoon Crush
1975A Brief Inquiry Into Online Relationships