RECENZJE

Drivealone
The Letitout (EP)

2007, white label 8.0

Jesień trwa już w najlepsze, a kaloryfer wciąż jest nieprzyzwoicie zimny. Dni zlewają się w kleistą breję, zapał uleciał wraz z ostatnim myciem okien. Kontakty interpersonalne ograniczone do minimum, zdawkowe rozmowy o niczym z domownikami. Apatia prześladująca ulotną, bezbronną wenę. Nie wiem jaki to wszystko ma sens, nie wiem nawet czy warto pisać ten tekst.

Gdyby nie szokująca wręcz jakość The Letitout pewnie dalej leżałbym w łóżku zajęty szukaniem konstelacji na suficie. Owszem, potencjał Piotra Maciejewskiego upoważniał go do tworzenia wielkich rzeczy, ale nie spodziewałem się, że jego talent eksploduje akurat na tej skromnej EP-ce dostępnej jedynie w internecie. Płyta nagrana w pojedynkę, w piwnicznym studiu, na obrzeżach świata, choć to raczej fantasmagoria oparta na wrażeniach akustycznych. W tym miejscu warto wyspowiadać się z ekshibicjonistycznego wstępu. Otóż wielokrotne obcowanie z Drivealone rodzi podejrzenie, że Maciejewski podczas tworzenia swojego albumu zmagał się z podobnymi problemami co autor dzisiejszej recenzji. Chociaż nie można wykluczyć, iż to jedynie świadomy zabieg artystyczny. Niemniej jednak kluczem interpretacyjnym do Letitout wydaje się być właśnie owa apatia, marazm oraz alienacja. Sugestywność zgromadzonych tu dźwięków i swoista plastyka ekwilibrystyk melodycznych rysują w naszej świadomości obraz skrajnego przygnębienia, odbierającego siły witalne. To wszystko czyni z Letitout płytę trudną w odbiorze, która skupia na sobie całą uwagę słuchacza, rujnując przy okazji jego psychoruchową aktywność. Jeśli nie straszne ci ryzykowne igraszki z własnymi lękami oraz możliwość gwałtownego pogorszenia się nastroju, to najnowsza propozycja Drivealone pochłonie cię bez reszty.

"Gdzie konkrety?", spyta zniecierpliwiony czytelnik. Nie wiem czy jestem w stanie wyjść na przeciw tym oczekiwaniom, gdyż z tą płytą jest jak z sąsiadką spod piątki: jej zajebistość to niemal aksjomat, ale nie wiesz do końca dlaczego. Być może i jest to trochę naciągana paralela, aliści i w tym przypadku trudno mi wyodrębnić cechy decydujące o wyjątkowości Letitout. Jednakże z racji tego, iż nowy Drivealone predestynuję do roli tegorocznego hegemona, postaram się obudzić przytłumiony umysł krytyczny. Maciejewski zafascynowany post-corem z D.C. inkorporuje części składowe tego stylu na potrzeby własnej ekspresji. Ciekawym zabiegiem jawi się tu zastąpienie wulkanicznej pasji Jawbox paraliżującym przygnębieniem i statyką. Apatyczna atmosfera utworów przypomina debiut Bowery Electric. Robbinsowskie dysonanse zmieszane z nagością zwierzeń charakterystyczną dla SDRE bezwstydnie hipnotyzują zarówno osłuchanych snobów jak i wyżej wspomnianą archetypiczną sąsiadkę. Wyławianie inspiracji Piotra jest niezwykle absorbującą rozrywką, która pozostawia jednak kłujące uczucie niedosytu. Trzeba przyznać, że w tym przypadku trafienie w sam środek tarczy graniczy niemal z cudem, gdyż muzyka Drivealone fascynuje oryginalnością, unikając tym samym haniebnej zsyłki do zatłoczonej szuflady.

Już pierwsze uderzenia perkusji w "The First Collapse" zwiastują coś wielkiego, pierwszy motyw gitary, pierwszy wers, potwierdzają tylko proroctwo bębnów. Każdy dźwięk, każda progresja dumnie potwierdzają doskonałość tego dzieła. Niesłychana wprost spójność materiału to kolejny niezaprzeczalny atut. Kawałki wypełniające Letitout nie mogą żyć bez siebie, pomimo iż każdy z nich to małe dzieło sztuki. Nie ma w tym określeniu nawet cienia przesady. Przykłady takie jak genialny chorus z "Hospitility (edit)", okraszony spiętrzeniem wioseł i rezonującymi wersami "Stay where you are / Even those who can't afford it never subdivide" oraz niebanalny bas i delikatna gitara na początku "Died Tonight" nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do jakości poszczególnych tracków. Każda z osobna kompozycja Maciejewskiego zostawia głęboki ślad w świadomości, zmieniając słuchacza w wyznawcę. Jednakowoż dopiero zebrane razem stanowią porażające studium emocjonalnej pustki i wyniszczającej depresji.

Konkludując, ta EP-ka jest wręcz nieprzyzwoicie perfekcyjna. Płyta bez wad? Ja w każdym bądź razie takowych nie dostrzegam. Zalecam jednak ostrożność w konsumpcji, gdyż w przypadku co bardziej wrażliwych skutki zachłanności mogą okazać się opłakane. Tak więc przed wysłuchaniem Letitout skonsultuj się z lekarzem. Z racji tego, iż nie wiem nawet gdzie umiejscowiona jest dwunastnica, mogę tylko i wyłącznie gorąco polecić tę zjawiskową płytę.

Wojciech Sawicki    
2 października 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja