RECENZJE

Drake
VIEWS

2016, Cash Money / OVO Sound / Young Money 6.7

Antoni Barszczak: Moje oczekiwania, a ostateczny kształt VIEWS to historia nieporozumienia i rozczarowania. Mniej więcej od pierwszego wycieku "Can I" zacząłem snuć sobie domysły, jak czwarty album Drizziego mógłby brzmieć, a właściwie jak chciałbym żeby brzmiał. Fantazjowałem sobie o Drake'u z Doliny Lodowego Wichru wypełnionej mgłą, chromem i lodem. Zamarzyła mi się muzyka dziko skostniała i zimna, krucha i nieprzyjazna, ale jednocześnie bardzo ludzka i bardzo piękna. Nie do końca minimalistyczno-trapowy obraz znany z If You're Reading This It's Too Late, bardziej chmury Nothing Was The Same, ale wyprane z kolorów i ciepła. Coś jak wysokobudżetowe I Don't Like Shit, I Don't Go Outside, ale jednak z charakterystycznym "kanadysjkim" sznytem. Tak sobie gdybam, namecheckuje, w zasadzie bezzasadnie bo płyta już z nami jest i wygląda inaczej niż sobie wymarzyłem, ale jednak wspominam o tym wszystkim, bo po pierwsze może ktoś miał podobnie, a po drugie konflikt między oczekiwaniami a rzeczywistością, na pewno waży na mojej ocenie. I nie tylko mojej, bo każdy, kto jakoś tam interesuje się tematem miał własne widoki na kolejne dzieło naszego ukochanego płaczka.

Dobra, pożaliłem się, to mogę już wspomnieć o tym, co otrzymaliśmy. VIEWS jest świetne i co do tego nie mam wątpliwości. Nie wiem, jak to robi Drake (a może bardziej jego nieodżałowany współpracownik 40), ale każdy kolejny album jest inny, ma swój indywidualny rys. Tutaj otrzymujemy mętność, rozmarzenie w pakiecie z jakimiś dziwnymi jamajskimi inspiracjami. Ekipa producentów na czele z Shebibem, wspomaganym przede wszystkim przez Boi-1dę, dwoi się i troi aby z podkładów wycisnąć ostatnie soki, aby każdy dźwięk, najmniejszy szmer, hi-hat, stopa, brzmiały dokładnie tak, jak powinny. No i tak się składa, że te wszystkie starania nie spaliły się na panewce. To twór bardzo udany, w highlightach absolutnie porywający ("9" które wpisuje się w mój koncept idealnego VIEWS, ciągle zapętlam rozczulający "Feel No Ways", a "Grammys" przebija całe What A Time To Be Alive), ale jednak nie tak dobry, jak mógłby być. Zapewne wraz z czasem zyska w moich oczach, jak to się dzieje z każdym albumem Drizziego, ale na tę chwilę czuję niedosyt. Pozycja Take Care pozostaje niezagrożona, a zeszłoroczny mixtejp czy NWTS mogą odetchnąć z ulga. Mimo wszystko myślę, że spotkamy się na mojej liście roku.

Tomasz Skowyra: Jak wyliczyli statystycy i historycy, czasy w których żyjemy miały być czasami, w których nikomu nie będzie chciało się nagrywać płyt. Niby kto będzie je kupował? Komu chce się jeszcze słuchać w opór długich koncept-albumów? Kto ma dziś czas na słuchanie w skupieniu 12, 15, 22 tracków z tej samej płyty? Wiadomo, koniec wielkich narracji – zostaną single, ewentualnie EP-ki i też będzie spoko. A jednak co chwilę napierdalają nas z każdej strony krążkami, które aż palą się w przeróżnych Spotifajach czy Tajdalach. I to są krążki od najgłośniejszych postaci: od Rihanny, Kanye, Beyoncé. Chyba nikt nie spodziewał się streamingowej inkwizycji. Tak to działa, a przy okazji hajs się zgadza. Drake nie tylko dobrze o tym wie, ale jeszcze bardzo mu się to podoba. 250 milionów streamów + ponad milion sprzedanych egzemplarzy to całkiem ładny wynik, a to dane z pierwszego tygodnia (nawet sześciu dni) od momentu wrzucenia VIEWS. Koleś wyprzedził 50 Centa w wyścigu po najgrubszy portfel, stając się najbogatszym ziomkiem w rapgrze. Wielki gwiazdor, memogenny celebryta, filantrop – zgadza się, ale z drugiej strony Drizzy to przede wszystkim artysta albumowy, traktujący album jako najbardziej odpowiednią formę artystycznej wypowiedzi, najlepiej czujący się na długim dystansie. Wrzucenie "Hotline Bling" na sam koniec płyty jako bonus, to może nawet jakiś skryty rodzaj trollingu, ale w moim odczuciu również potwierdzenie tego stanu rzeczy.

"Six upside down, it's a nine now". VIEWS, już bez dopisku "From The Six", to najbardziej epicki krążek w karierze typa. Pierwszy odsłuch niemal ogłusza swoją rozpiętością i rozmachem. "Keep The Family Close" można zestawić z wyjebistym otwarciem Pablo, choć Aubrey Graham celuje w wymuskane, misternie zorganizowane, dokończone bity powstające głównie pod czujnym okiem i palcami 40. To materiał bezdusznie współczesny, wielobarwny i wciągający. Kontemplujący life nocnej metropolii Toronto "9", uwięziony w hi-hatach, sporządzony przy pomocy Westa "U With Me?" z tym wyrywającym się "understand I got responsiiiibilitieeeees to people that I neeeeeed", potasowany "Feel No Ways", wychillowany 90s-r&b z żeńsko-wokalnym miastem w tle "Weston Road Flows", spacerujący po basowej melancholii "Faithful", takecare'owo-trapowy "Controlla", zrobiony na spółę z Future'em "Grammys" (w drugiej części jak z EVOL), wkręcony w jakieś reptiliańskie zębatki "Pop Style", tango z Rihanną w "Too Good", zrezygnowany "Fire & Desire" – można cieszyć się tym zestawem przez całe miesiące, a i po latach będzie pewnie do czego wracać. A co z resztą? Właściwie ciężko jakoś konkretnie zdyskredytować pozostałe tracki. Można oczywiście narzekać, że nudne, że Drake już ten towar dostarczył, nawet na VIEWS, albo że odstają jakościowo od najlepszych. Dla mnie te pozostałe są jak dobrze prezentujące się tło, aby najjaśniejsze punkty błyszczały jeszcze bardziej. Choć kto wie, może jeszcze nie odkryłem wszystkiego? W każdy razie Drejku znowu dał radę i wciąż nikt nie dorównuje mu w smutnym rapie. Yeah.

Filip Kekusz: Strasznie boli, gdy na VIEWS pada słowo "Jackson" poprzedzone słowem "Michael". Drake jest drugim istotnym raperem, który porównuje się do (wciąż) króla popu i który najwyraźniej bierze to porównanie na serio. Otóż nie. Aubrey Graham jest zbyt nijaki i za mało pomysłowy, by zasłużyć na to, by stanąć obok hologramu Jacksona. Drake mierzył wysoko od początku kariery i chwała mu za inspirującą postawę, jednak nie jest pierwszym muzykiem, który wpadł w pułapkę rozbuchanej ambicji i skonstruował przehype'owany, rozgadany, bałaganiarski krążek, który miał być (najlepiej) świadectwem epoki, (przynajmniej) płytą roku, a okaże się albumem, który za dwa lata ludzie będą "szanować", ale nie zanucą trzech (z dwudziestu, kurważ) kawałków.

Drake od czasów Take Care miał zdecydowanie za dużo medialnej uwagi w stosunku do rzeczywistej wartości jego albumów. Paradoksalnie, gdy jednak stworzył najbardziej konsystentne, łapiące za gardło, konstytuujące osobowość twórcy i spójne dziełko, If You Reading This It's Too Late, rzecz nie spotkała się z należytym odzewem. A tymczasem to właśnie tam zadziała się niemal magia: Graham wyhodował włosy nie tylko na japie, zrobił biceps, porzucił ambicję głoszenia mało istotnych prawd i na sekundę zapomniał o tym, jak bardzo smutne jest życie jednego z najbardziej dopieszczanych artystów na planecie. I przy okazji miałem wrażenie, że zdał sobie sprawę ze swojej, i mówię o tym z całą sympatią, przeciętności. Przyaspirował w zamian do transformacji w truskulowego wyjadacza, a to odważna postawa, jak na główny strumień w 2015 roku.

Ale jednak to był tylko przerywnik. Najwyraźniej, by zrównoważyć minimalizm IYRTITL, Graham rozbuchał formalnie VIEWS do poziomu My Beautiful Dark Twisted Fantasy (bardzo obawiam się jakiegoś 30-minutowego klipu do, powiedzmy "Keep The Family Close", w którym Drake znowu zabija mafiozów, pilotuje samolot i wyprowadza psy na podwórko), ale treści to tu jest niewiele. Już właśnie sam wspomniany otwieracz nie spełnia wymagań dobrej epickiej płyty. Niby smyki, ale jakieś płaskie i nudne. Niby porządny statement, ale i dużo kretyńskich słów (te o Bentleyu i Chryslerze, już pewnie słyszeliście, a jeśli nie, to polecam ten wykaz). I to trochę wyznacza kierunek dla całej płyty - z jednej strony ogrywamy tutaj patenty, które przyniosły Drake'owi dupy i jachty, jest tu wszak nawet kolejny kawałek z RiRi, zajebisty wprawdzie, ale jego aranżacja przywołuje w oczywisty sposób patenty z Take Care. Jest prężenie muskułów, oddanie rodzinnemu miastu, słodkie ballady, jest to cholerne "Hotline Bling" na koniec. Momentami to są naprawdę dobre rzeczy ("9", "Hype", "Grammys", "Views", ale pewnie coś jeszcze), bo odpowiadają za nie znakomici producenci. Ale jednocześnie są tu wszystkie wady twórczości Drake'a: absurdalne nawet jak na rap zapatrzenie w siebie, nagromadzenie retorycznych pytań do wyimaginowanych wrogów, umiarkowana technika, rozciąganie refrenów do urzygu i ograniczona paleta emocji i przeżyć. Drejku, to jest Twoja czwarta pełnowymiarowa płyta, moment, w którym mógłbyś zaprezentować ze dwa fajne eksperymenty, a nie tworzyć the best/worst of. Jeszcze ze dwa takie albumy i staniesz się Markiem Knopflerem rapu, tylko zapewne będziesz starzał się w mniej dystyngowany sposób. Ode mnie ocena cząstkowa to jest 4.8. Przyznaję, że zaniżona, bo od artysty z takimi aspiracjami oczekiwałbym, żeby słuchał nie tylko swoich płyt i nie nudził odbiorcy przez ponad osiemdziesiąt minut. Konnichiwa.

Witold Tyczka: Czwarty już longplay Drizziego, to chyba nie najlepszy moment na analizowanie fenomenu egzotycznego płaczącego księcia z kompleksem truskulu będącego jednocześnie trzecią twarzą zaoceanicznej nowej fali. Zwłaszcza, że wszyscy już (nawet z nawiązką) oddaliśmy cesarzowi (Graham) to, co cesarskie, a Bogu (40) to, co boskie i można bez zbędnych wyrzutów sumienia zdobyć się na całkiem chłodny obiektywizm. A ten nakazuje skarcić reprezentanta Toronto za dziecięcy autyzm, bo megalomańskie VIEWS burzy całą relację interpersonalną zbudowaną z potencjalnym słuchaczem za sprawą swojego, w moim odczuciu, opus magnum – wyróżniającego się ze względu na innowacyjny koncept mikstejpu If You Reading This It's Too Late. Teraz wrócił ten Drake z zabawnych memów, wyjątkowo rozśpiewany chłopak z Take Care, który zasadził spektakularnego "niedolota" w markowym dresie kanadyjskich Raptors.

I tutaj problem, gdyż gdyby to był absolutny newcomer zakochany w skupiającej wszystkie skrajne emocje metropolii, to "wow, och, świetnie" i w ogóle już na pierwszej randce kupiłbym nam najdroższe białe wino z pobliskiego marketu, a tak to tylko wysoka piątka i rzucam props za przywdziane dziś kicksy. Bo wszyscy znamy potencjał Kaczora (na płytę powyżej 8.0), jego oziębły minimal rap i wolne od zjawiskowych hooków r&b, a VIEWS to nawet nie The Very Best Of… tej stylówki. Dodatkowo ten nieszczęsny czas trwania albumu, czyli problem przynajmniej dwóch wielkich majowych premier (vide nowiusieńki Blake): osiemdziesiąt minut gaworzenia w ten sam sposób, dokładnie o tym samym. W XXI wieku czas płynie szybciej, Uber jeździ szybciej, to i płyt słucha się szybciej. Prog rock umarł, bo lunch break to okazja by sprawdzić co najwyżej dwa maxi-single, a tutaj prawie półtoragodzinny monolit? I to byłoby na tyle jeśli chodzi o zarzuty. Ode mnie, wbrew pozorom, mocne 6.8, ale nie ze względu na nieziemską świeżość materiału, a jego "drejkowość". Wybitny (nie bójmy się tego słowa) raper popełnił przyzwoity album, który na dobrą sprawę mógłby wypuszczać co weekend, ale to wciąż przewinięte w oryginalny sposób rymy na nienagannie wyprodukowanych bitach. Czy przetrwa próbę czasu? Nie sądzę, bo już dziś z każdym kolejnym odsłuchem znajduję w tym wszystkim coraz mniej przyjemności. To po prostu więcej niż dobry krążek od gościa, który skupia w sobie wszystkie przymioty pozwalające mu rozjebać. Stąd to rozczarowanie.

Redakcja Porcys    
13 maja 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja