RECENZJE

Drake
Nothing Was The Same

2013, Cash Money / Young Money Entertainment / Universal Republic 7.6

Czarno-biały Żyd z Kanady, który porzucił tamtejszą Klasę na obcasach, aby zaprzyjaźnić się ze Scooby Doo, hermafrodytyczną cosplayerką i przygłupim eks-klawiszem, to wdzięczny obiekt żartów. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto przy początkowym kontakcie ze wspaniałym przecież Take Care nie pomyślał "Jezu, co za pizda!". Niech podniosą rękę oburzeni wielokrotnym przyznaniem mu tytułu "najdelikatniejszego w branży". To typ typa, który jednego dnia pochwali się wpłaceniem 30 tysięcy dolarów na szkołę na Jamajce, aby następnego dnia rozrzucić 50 tysięcy w klubie ze striptizem. Jaką trzeba być ciotą? Drake is the type of guy who'd dance with a chick at the club then text her "So what are we?", a wszyscy inni piszą smsy do swoich eks odkąd w sieci pojawił się leak Nothing Was The Same.

Jednak nowy album jest mniejszym policzkiem dla heteronormatywności niż poprzednik, choć Marianowi Piłce, kibicowi wskrzeszającego ideały rycerstwa Bonusa RPK raczej do gustu nie przypadnie. "Play this shit at my funeral if they catch me slippin'/Naked women swimmin' that's just how I'm livin" – co powiecie na takie memento? Stary człowiek takiej poezji nie napisze. Wojtek Cichoń aka "zmagania z błyskotliwą jałowością własnych kazań" pokiwa głową z niesmakiem. "Next time we fuck, I don't wanna fuck, I wanna make love". Koleżka bywa prześmieszny, naprawdę, rozum i godność człowieka idą się kochać, ale by oddać sprawiedliwość nie brak tu też fragmentów lirycznie ujmujących, choćby w "From Time" czy "Connect", a końcowy obrachunek sprawia, że przypominamy sobie: to trzeci odcinek tego samego, przejmującego w gruncie rzeczy serialu o bólu i samotności ultrabogatego, schizofrenicznego indywiduum.

Ten kontrast między lirycznym hołdem dla umysłowości 2Chainza a personifikacją sensytywnego bastarda Patricka Batemana i Cristiano Ronaldo zawsze będzie ciekawszy w swojej ambiwalencji niż irytujący płytkim rysunkiem autokreacji goście, którym wciagającego emploi starcza na góra dwie płyty. Na dodatek braki w lekturach Darek nadrabia wygrubaszonym delivery, dwojąc się i trojąc, rzadziej niż w przypadku Take Care popadając w patos. Pokrzykuje, podśpiewuje, panuje nad bitem, ale nie morduje go jak Lamar – raczej dochodzi do idealnej syntezy zamysłów "marnego śpiewaka" i czuwającego nad ostatecznym kształtem większości muzyki producenta.

I tu sobie możemy znowu podumać nad skalą talentu Shebiba, bo już dwa pierwsze numery na albumie lśnią, jak ławica wyrzuconych na brzeg śledzi. Samplujący Whitney Houston "Tuscan Leather" brzmi trochę, jak bit Kanyego sprzed 10 lat z dodatkiem jego epickich ambicji sprzed lat trzech. Dalej jest również kolorowo, choć już na wysokości singlowego, wyprodukowanego przez Mike'a Zombie "Started From The Bottom" pedalsko smutna gitarka złamana zostaje zamiatającym podłogę basem, a do połyskującego metalicznie początku dołączają mosiądz i z deka patyny. Piękny, zagrany na przykurzonym pianinie motyw z "Wu Tang Forever" brzmi jakby wyszedł spod ręki Billa Evansa (lub RZA, uszanowanko, takie skojarzenie), a genialny bit autorstwa Boi-1da do "Pound Cake/Paris Morton Music 2" mógłby znaleźć się na ATLiens. Niezależnie od tego, czy jest to zdekonstruowany cykacz Detaila z "Own It", relaksująca kompozycja Chilliego Gonzaleza ("From Time") czy ciężko stąpający podkład Hudsona Mohawke, 40, współproducent lwiej części płyty prezentuje się jako muzyk obdarzony stylem tak charakterystycznym, że nawet prościutkiemu z-miejsca-standardowi "Hold On, We're Going Home" dodał głębi i dokonał niemożliwego – na tej ciężkiej, momentami naprawdę nieprzyjaznej radiu płycie "HOWGH" brzmi jak album track.

Koniec końców to płyta cięższa, mniej najeżona mikrohookami niż Take Care, mniej też przyciągająca przez brak egzotycznych rodzajów umysłowego upośledzenia w występach gościnnych oraz sięgnięcie po poszarzałą, neurotyczną paletę. Gdzie tu jest napisane, czy to droga krajowa, lokalna, czy jakaś? Z jednej strony łatwiej uchwycić można podobieństwa do Here, My Dear Gaye'a, na której wpływ Drake często się powołuje, niż do pejzażu deathgrypsery Yeezusa czy ciężkiej przewózki Tity Boia, na albumie którego Drizzy znakomicie się zresztą odnalazł. Tak jak te albumy, Nothing Was The Same to płyta bardzo nowoczesna, a jednak olśnienia towarzyszące jej odsłuchowi są jakby przyjaźniejsze, a jej świeżość bardziej naturalna, przystająca w sam raz do smaku whisky i widoku zbutwiałych liści.

Łukasz Łachecki    
24 września 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie