RECENZJE

Doves
The Last Broadcast

2002, Heavenly 4.9

Chyba nie muszę pisać, z jakimi nadziejami oczekiwałem na nowe Doves. Wszyscy, którym znany jest długogrający debiut zespołu (Lost Souls z 2000 roku), zapewne również umierali z niecierpliwości. No i niestety okazało się, że The Last Broadcast nie dorasta poprzednikowi do pięt.

Zaczyna się jednostajnym intrem, które jakoś nie wprowadza w nastrój płyty. Albumu można spokojnie słuchać pomijając te kilkadziesiąt sekund i zaczynając od "Words". Chwytliwa melodia (jak prawie każda Doves), świetne zgranie poszczególnych elementów. Ale to wszystko. Niestety, kawałek ten łatwo się nudzi, co jest chyba winą zbyt prostego refrenu, który po pewnym czasie po prostu irytuje.

Pierwsze ciekawe miejsce na albumie to "There Goes The Fear". Z początku zupełnie nie robi wrażenia, po bliższym poznaniu jest jednak piękny. Niesamowicie ciepły i przyjazny głos wlewa się w nas wraz z obfitymi strumieniami muzyki, tworząc niebanalną melodię. Naprawdę można się zasłuchać, choć to ciągle nie to, na co czekałem.

Czwarta kompozycja – "M62 Song" – jest interpretacją "Moonchild" kultowego zespołu King Crimson. No wreszcie chłopaki pokazują formę! Fantastycznie rozmywające się tło wspiera piękną melodię i nietypowy wokal. Tak jakoś sugestywna piosenka tworzy w głowie obrazy, z którymi tekst współgra idealnie. Dodam jeszcze, że bardzo dobrze swoją rolę odgrywa tu gitara akustyczna, która nagrana jest w taki sposób, że jej dźwięków słucha się z prawdziwą przyjemnością (nie jak w takiej "Wieży Melancholii" Myslovitz, gdzie wiosło aż drażni).

"M62 Song" delikatnie przechodzi w instrumentalne "Where We're Calling From". Ta swobodna i taka jakby unosząca nas gdzieś wyżej kompozycja zdaje się być świetnie posklejanym wstępem do głośniejszego "New York". Piosenka o tym słynnym mieście brzmi o wiele lepiej sama, obok innych utworów z krążka wydaję się jałowa, nużąca.

Siódma piosenka, "Satellites", jest chyba najsłabszą w dorobku Doves. Nie ma żadnego mocnego punktu! A ten refren... Nie do zniesienia! Na szczęście nikt nas nie zmusza do słuchania tego utworu, możemy przeskoczyć od razu do "Friday's Dust". Jak dla mnie, jest to najlepszy moment albumu. Na początku nastrój grozy wprowadza smyczkowe tremolo (pomysł niezbyt oryginalny, ale za to skuteczny). Chwilę później dochodzi zacny wokal, śpiewający w rytm cudownej melodii... Kilka ciekawych rozwiązań (między innymi wprowadzenie klarnetu) dodaje utworowi jeszcze lepszego posmaku. Na pewno będę do "Piątkowego Pyłu" wracał.

Dziesiąty jest w zestawie tytułowy "Last Broadcast" (poprzedzony przez "Pounding", który nie zachodzi w pamięć – jest średni na jeża). Umiejętnie zawodzący wokal to właściwie jego najsilniejsza strona. Piosenka, zupełnie tak jak "New York", brzmi o niebo lepiej w pojedynkę. Bo niestety po dziesięciu wcześniejszych utworach (nawet tak dobrych jak "Friday's Dust") płyta już męczy. Mogłoby ją uratować jedynie coś na miarę "Sea Song" z Lost Souls. Ale takie perły na najnowszym krążku Doves się po prostu nie trafiają.

Ostatnie dwie kompozycje są jak większość kompozycji z tego albumu – dobrze się zaczynają, ale w trakcie piosenki gubią to "coś". Patrząc na cały Last Broadcast widać, że z zespołu prawie kompletnie ulotniła się zdolność wymyślania czegoś, co po kilku przesłuchaniach nie straci uroku. Może przy pracach nad kolejną płytą Doves odzyskają wenę? Liczymy na to.

Jędrzej Michalak    
20 sierpnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja