RECENZJE

Doves
Some Cities

2005, EMI 5.7

Nie mówią o tym w mass mediach, ale cena nieprzeciętności w muzyce rośnie obecnie dziesięciokrotnie szybciej niż cena ropy. W tej dziedzinie nawet ja byłbym skłonny przystać na jakąś pokaźniejszą formę interwencji państwowej. Z głodu. Do tej chwili przesłuchałem dziś 6 płyt, z czego aż pięć lokowało się poniżej porcysowej "siódemki". Stąd największych emocji kończącego się dnia dostarczyło mi ostateczne sformułowanie wniosku, że Doves się jeszcze nie skończyli. Nie, żeby przygnietli, no ale odbijają się z dołka, jakim było Last Broadcast. A dokonało się to bez znacznego wychodzenia poza obręb tego, czego trio poszukiwało od początku swojej obecności w biznesie. Nadal zatem średnio co trzy nuty natrafiamy na brytyjską rzewność (założę się, że Goodwin i o podanie cukru prosi z melancholią w głosie, taki jego urok). Rzewność tę dodatkowo wzmacnia dochuchana produkcja, sięgającą jednak raczej ku korzeniom, z których wyrosło Doves, niż ku czemuś nowemu. W przeciwieństwie do poprzednika, Some Cities nie zostało nieroztropnie przeinwestowane, wymyślanie kolejnych hokus-pokus brzmieniem tym razem nie wyssało z zespołu zdradliwej weny. Stąd na przykład głównie trzy akordowy pierwszy singiel nie daje po twarzy banałem, przeciwnie; "jedzie", czy raczej "frunie". Dorzucane co chwila do kotła wzmacniacze smaku mają sens, a na niektóre się wręcz czeka, jak na kunsztowne rozbicie sola gitary na wysokości 3:04.

Jedyną poważniejszą nowością są przebijające się coraz częściej promienie niezobowiązującego popu. Wybaczcie to wyrażenie, ale nachalnie się ono nasuwa podczas takiego "Sky Starts Falling" ("If you see her again, be sure to say hello / Be sure to send my love"). Doves zawsze byli poważniejsi, nawet ciągle jare "Catch The Sun" zakrawa na takie, gdy przyjrzeć się tekstowi. Inna nowinka to loopowanie filmowych smyków w (smętnym zresztą) "The Storm". Podobnie ostro traktował podkład Jay-Z w openerze The Blueprint. Zaraz zaraz, Jay-Z? Ano Jay-Z właśnie. Tego zespołowi brakuje najbardziej: uwolnienia z okowów przewidywalności, urwania się z czymś jak Filip z konopii, tak jak ja z tym marsjańskim porównaniem. A nie jakieś "tu nie będzie rewolucji". Dewiza ta obniża loty krążka, którego autorzy mają zdaje się zbyt wymusztrowany sposób myślenia o muzyce, przez co popadają w rutynę, być może niezauważaną przez zakochanych w każdym przejawie brytyjskości. Szkoda, bo grupa, której nazwę Tomek Makowiecki dumnie nosi na koszulce, naprodukowała nawet sporo świetnych kompozycji, które pomimo tego jakoś dziwnie bywają do siebie podobne. Nie zmienia to faktu, że album jest zaskakująco solidny, na czym w zasadzie można skończyć recenzję.

Jędrzej Michalak    
4 lipca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie