RECENZJE

Doug Martsch
Now You Know

2002, Warner 6.7

Martsch jest bogiem i normalnie, ziomale, mam do niego wielki respect. Nie zmienia to faktu, że zeszłoroczny album Built To Spill, Ancient Melodies Of The Future, arcydziełem nie był. Nie był też rozczarowaniem, bo w gruncie rzeczy był naprawdę dobry, ale przypomniał nam o pewnej smutniej prawidłowości. BTS się kończy, albo raczej skończył. Nikt nic na to nie poradzi. Nie tacy już skończyli. Są tacy, co już dawno powinni skończyć, a jeszcze nagrywają. Póki trzymają jako taki poziom, to dla mnie ok, ale jak zaczynają zapodawać jakieś gówienka (Reveal, All That You Can't Leave Behind, ( ) etc.) to zaczynam czuć się nieswojo. Zasłużeni, wielcy i wspaniali, więc po co się kompromitują? Wstyd, ale nie będziemy płakać nad rozlanym mlekiem. Wracając do naszych bossów, to póki co odchodzą w chwale, a ja mocno wierzę, że nigdy nie zaserwują nam żadnego chłamu, czy nieznośnego średniaka. Tymczasem my mamy nowych mistrzów, którzy przejmują rządy. To znaczy już przejęli.

Schyłek kariery rodzimego zespołu = więcej czasu, większa swoboda, czyli Doug wreszcie wydaje solowy krążek. Podobno o nim marzył i z przyjemnością go wysmażył. Nowe horyzonty, inne wpływy, coś swojego, piosenki które chciał zawsze, ale nie pasowały i takie tam. Czyli z grubsza sytuacja podobna do tegorocznego projektu kolegi zza miedzy (Isaac Brock – Ugly Casanova – Sharpen Your Teeth – jak by ktoś miał wątpliwości). Co prawda gdyby porównywać, to Isaac wygrał bez dwóch zdań, ale tu też jest naprawdę fajnie.

Gitara akustyczna, akustyczna gitara i jeszcze raz gitara akustyczna. Zimne, kłujące brzmienie, szarpanie strun i znajomy głos, a wszystko to w jakichś folkowo-countrowo-bluesowych klimatach. Z czasem pojawi się jakiś basik i pokręcone bębenki w tle. Tak się to mniej więcej zaczyna. Brzmi zniechęcająco? Może tak, ale jak posłuchacie, to zobaczycie, że ma to swój sens. Dla przykładu czwarty w zestawie "Window". Pytacie, co tu się dzieje? Ano, w karczmie, na dzikim zachodzie, jest jakaś impreza. Kilku zmęczonych ciężkim dniem pracy kowboi złapało za gitary i urządziło sobie psychodeliczne przygrywki. Bez kitu, złapali tego wieczoru drugi oddech. Zapewne jest to ich sposób na relaks. Nie wiadomo za bardzo o co chodzi, ale fajnie, że się tak wczuwają. Grunt, że wychodzi naprawdę autentycznie i przyjemnie dla ucha. Nie ma tu głębi, przynajmniej ja jej nie dostrzegam, ale jak już powiedziałem, słucha się tego z uśmiechem na ustach.

Czy są melodie? No niby tak, ale raczej nie będą wam chodzić po głowie. Powiedzmy, że nie są zbyt chwytliwe. Ufff, czyli pozostawiliśmy za sobą pierwsze cztery utwory, to poleciał jeszcze piąty, a wszystkie są stylistycznie nieco pokraczne, czy raczej dziwaczne. A jednak jakimś dziwnym trafem interesujące. No, to teraz wkraczamy w bardziej "zwyczajne" rejony. Pojawia się jakaś wiolonczela, która już sama w sobie ma pewną dozę łagodności. Gitary przestają tak dominować (zniwelowane dysonanse), a nasz bohater ma więcej przestrzeni, aby przypomnieć nam o tym, jakim jest genialnym wokalistą. Co prawda, już od początku płyty śpiewa gdzie się tylko da, ale tak naprawdę dopiero teraz jego głos nabiera barwy która już zawsze będzie nam się kojarzyła z arcydziełami wiadomego zespołu. Utwory kroczą, kroczą i jest naprawdę miło.

I tak niepostrzeżenie znaleźliśmy się w moim ulubionym momencie tego albumu. "Instrumental" jest oczywiście instrumental, ale co ważne jest naprawdę zajebisty. Powaga, cholernie mi się podoba. Interesujący motyw, bardzo sprawnie rozprowadzony na wielu (jak na tę płytę) instrumentach, a wszystko to owiane lekką chmurką tajemniczości i muzycznej magii, którą tym razem łapię. Następny to "Sleeve", w którym głos Martscha brzmi wyjątkowo pięknie, a sam utwór tez się wyróżnia. Potem mamy kolejny kawałek i już dochodzą nas dźwięki kończącego "Stay". Oparty na gitarze, to jest nic innego tu tak naprawdę nie słyszymy. Nic, oczywiście z wyjątkiem wokalu. Przy okazji możemy się dowiedzieć, jak długo Doug nosił się z zamiarem nagrania tego materiału i takich tam pierdół. Przepraszam, jeżeli kogoś uraziłem dość przedmiotowym podejściem do tego refleksyjnego i lirycznego numeru, ale przyznam się, że jako jedyny na płycie nie za bardzo przypadł mi do gustu.

Tak to wygląda. Nikogo nie będę przekonywał do zawartości tego krążka. Osobiście, mimo początkowych nieporozumień, ostatecznie się z nim zaprzyjaźniłem. Wiem, że może się nie podobać, ale nie zmienia to faktu, że mi się podoba. Nie będę się też kłócił, jak mi ktoś powie, że zawyżyłem ocenę, folki są słabe, kompozycje wtórne, a całość nudna, bo jak to mawia mój Tata "nie dajmy się zwariować". Ta płyta nie jest tą, o którą warto się bić. Czyli koniec końców polecam, ale z dopiskiem "dla fanów BTS". Dobra Kochani kończę już, choć chciałbym jeszcze jakoś nawiązać do tytułu, bo sam się o to prosi, ale nie dajmy się zwariować.

Jacek Kinowski    
6 grudnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja