RECENZJE

Dot Allison
We Are Science

2002, Mantra 7.0

Oko, które widzicie na okładce, należy do Dot Allison. Strapionej istoty płci pięknej, od której wynurzeń nie mogłem się oderwać przez ostatnich kilka dni. Może mi wkrótce przejdzie, kto wie? Tymczasem piszę o wrażeniach teraźniejszych. Jak na razie, mocne to wrażenia.

Była wokalistką brytyjskiej grupy One Dove, z którą zresztą udało się jej zrealizować tylko jeden album, Morning Dove White. Potem zaczęła szukać swojej solowej szansy. Wydany w 1999 roku album Afterglow był owocem współpracy z wieloma wykonawcami światowej sławy (Kevin Shields, Mani, czy Hal David). Jednak za dużo było w tym udawania, żeby ktoś się nabrał: muzyka wpisywała się w popularny krąg nuconego trip-hopu (stąd porównania do Beth Orton, Violet Indiana, czy Portishead), a teksty nie były nawet napisane przez samą Dot. I jak tu ufać takiej, skoro podobne blond spryciule spotyka się na każdym kroku?

Tym razem, nie ma mowy o żadnych przekrętach. Nie ma też możliwości, żeby pomylić Dot Allison z kimkolwiek innym. Dziewczę ścięło włosy i sięgnęło do głębin swojego natchnienia, żeby urodzić płytę frapującą, a co najważniejsze, wcale oryginalną. Dot cały materiał stworzyła sama. Zaprosiła do współpracy kilku sławnych gości, ale nie ma wątpliwości, że są oni podporządkowani jej własnej koncepcji. Keith Tenniswood, czyli połowa duetu Two Lone Swordsmen, programuje rytmy i momentami brzmią one jak żywcem wyjęte z Tiny Reminders. Król aranżacji Dave Fridmann i gitarzysta Grashopper z Mercury Rev, oraz Jeff Ament z Pearl Jam (w roli perkusisty) wzbogacają brzmieniową tkankę kawałków "Hex" i "Strung Out".

Pomieszanie tak odległych światów stylistycznych wyszło Dot Allison tylko na zdrowie, bo prawdziwą królową jest na We Are Science ona sama. Płyta zaczyna się zmysłowym oddechem artystki zwielokrotnionym przez syntetyczne echo. Miarowy, niski beat zaprasza do podróży w nieznane. "We're Only Science" rozwija się tak: kilka ścieżek wokalu kłóci się ze sobą, nagle wyłaniając z zimnego rytmu piękną harmonię. Podobna filozofia rządzi drugim numerem, "Substance". Minimalistyczny podkład przywodzi na myśl Kraftwerk, podczas gdy Dot mruczy: "Don't rescue me when I play with fire / Don't need to know is this desire". Hm, hm.

Tyle, że to dopiero początek. "You Can Be Replaced" też zaczyna się beatem, ale tym razem idzie o prawdziwą piosenkę – dowodzi tego zapadający w pamięć refren. No i pierwszy raz mamy gitarę. "Performance" to z kolei biegun przeciwległy. Ambientowa przestrzeń ubrana została tym razem w piękną sekwencję akordów. Głos Dot to jakby mglista impresja dochodząca z oddali. Smyki wpierw wtapiają się w klimat, by nagle wysunąć się na plan pierwszy ze swoimi alternatywnymi przejazdami. Po siedmiu minutach tej nierealnej, zimowej opowieści, nadal chcę więcej.

I dostaję więcej. "Wishing Stone" kontynuuje nastrój poprzedniczki, używając jednak do tego gitary akustycznej i ślicznego głosu naszej bohaterki. Na wysokości 0:55 dołącza glockenspiel i robi się cudownie. Allison zdradza talent do układania prostych, poruszających wątków. To perła, jedna z dwóch na We Are Science. Za chwilę w "Make It Happen" prosty beat i motyw basu dają wokalistce szansę popisać się i tworzy ona pokręconą melodię. "Strung Out", pierwsza kolaboracja z ekipą Mecury Rev i Amentem, przypomina ostrzejsze momenty z It's A Wonderful Life Sparklehorse.

Ale najbardziej chyba porypaną akcją na We Are Science jest schizofreniczny "I Think I Love You". Jak zwykle, electro-beat na otwarcie, potem Dot wznosi się na maksymalne wyżyny i po prostu nie pozwala słuchaczowi nie przysiąść z wrażenia. Tekst składa się tylko i wyłącznie z powtarzanego przez nią dwadzieścia dziewięć razy (liczyłem) zdania zawartego w tytule. Maniakalny nastrój wewnętrznego rozdarcia potęgują progresje melodyczne, dobrane w tak dziki sposób, jaki tylko mógł mi się spodobać. Nie słyszałem jeszcze w tym roku kobiecego wykonania, które tak bardzo by mną wstrząsnęło.

"Hex" to druga odsłona spotkania z Fridmannem, Grashopperem i Amentem. Zbudowana na mocnym, skoncentrowanym riffie basu, upartych zacięciach gitary i jeżdżących syntezatorach, ponownie daje szansę samej Dot na odegranie głównej roli. Całość kończy ballada "Lover", niby najzwyklejsza i najbardziej przewidywalna z całego zestawu, a jednak po brzegi wypełniona różnymi piknięciami. Dwadzieścia sekund modulowanego natężenia barwy zamyka krążek.

Sekret uroku We Are Science to efektywne połączenie przeciwności. Wszystko to razem – mimimalne stąpające beaty, wczesne Depeche Mode, "cosmic americana", trip-hop i wreszcie niebywałe wyczucie melodii samej Allison – składa się na intrygującą mozaikę, a raczej stapia się w jedną, wyrazistą figurę. Gdy dodać jeszcze tę kobiecość złożoną z wielu odcieni (kruchość, strach, wrażliwość, niepewność, zmysłowość), powstaje album cokolwiek zjawiskowy. Jasne, nie chciałbym dziś przeceniać jego wartości, na pewno jednak grzechem będzie przejść obok niego nieświadomie.

Borys Dejnarowicz    
13 czerwca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie