RECENZJE

Dornik
Dornik

2015, PMR 7.3

Czytając o Dorniku Leigh, można natknąć się na kilka zabawnych informacji. Na przykład tę, skąd wzięło się jego oryginalne miano: zamiast sięgać po jakieś typowe i ograne typy, rodzice Dorothy i Nick zlepili własne imiona w taki sposób, że powstał im Dornik. Inną zabawną historią jest fakt, że pochodzący z Londynu songwriter na początku swojej PRZYGODY z muzyką wcale nie zajmował się głównie pisaniem kawałków, tylko grał na bębnach. Dalej idąc – przez jakiś czas chłopaczyna wspomagał swoją grą na perce na koncertach samą Jessie Ware. Od razu pomyślałem o Kurcie Feldmanie, który też objawił swój talent songwriterski dopiero gdy przestał bębnić w Pains Of Being Pure At Heart. Ale najzabawniejsze jest dla mnie to, że choć bardzo lubię Devotion, to jednak debiut byłego sidemana Jessie, młodego Brytyjczyka wyglądem (a momentami nie tylko) przypominającego trochę D'Angelo, cenię zdecydowanie wyżej.

Leigh zwrócił uwagę blogosfery jeszcze w 2013 roku relaksująco-natchnionym jamem "Something About You" (później dorzucił jeszcze "Rebound", który ostatecznie nie znalazł się na długograju), tak oto skomentowanym na Twitterze przez braci Lawrence z Disclosure: "Future/Michael Jackson/r n'b/soul/step???". Jak widać, od razu posypały się porównania do Jacko (choć wokal tonie w reverbie, to i tak skojarzenie jest jednoznaczne) oraz do Prince'a, i trzeba uczciwie przyznać, że te pośrednie referencje są trafione. Każdy kolejny track udostępniony przez Dornika tylko potwierdzał ich słuszność, nie wspominając już o prawomocnych w tej kwestii wywiadach z londyńczykiem, w których koleś stawia Księcia i Króla Popu w roli swoich największych idoli i muzycznych inspiracji. Dziś, po dwuletnim oczekiwaniu, w kojarzonym raczej z taneczną muzyką labelu PMR (w katalogu obok Jessie Ware możemy natknąć się m.in. na Julio Bashmore'a czy Disclosure) ukazuje się debiut Dornik i w recenzjach znajdziemy teraz przyrównania do najbardziej mainstreamowych postaci SZEROKO POJĘTEGO r&b, czyli do Miguela, Franka Oceana i The Weeknd. Można i tak, choć będąc szczerym z wami i ze sobą, muszę przyznać, że już na przestrzeni debiutanckiego longplaya Dornik ukuł rozpoznawalny idiom dający mu osobne miejsce w krajobrazie dzisiejszego modern-r&b. Powiem więcej – wykreowany przez tego gamonia wspomniany idiom jest całkiem zajebisty.

A pomogli mu w tym przede wszystkim dwaj goście: odpowiedzialny za produkcję krążka Andrew Wansel z duetu Pop & Oak (ale nie tylko, bo MACZAŁ PALCE w trzech kompozycjach jako songwriter), który swoimi skillsami wspomagał między innymi Nicki Minaj, K. Michelle czy pojawiającego się drugi raz w tym tekście Miguela, i Russell Elevado odpowiadający za miks Dornika, mający w portfolio też zmiksowanie chociażby Voodoo D'Angelo czy Blazing Arrow Blackalicious. Administratorem jest jednak Leigh, bo w końcu to on ułożył dziesięć świetnych numerów tworzących jedną z najlepszych kolekcji z kręgu stylowego r&b w ostatnich latach. Ich atutem są przystępność, melodyjna lekkość i wyjęta niemal z mainstreamowego popu nośność (zwłaszcza w końcówce płyty) przy jednoczesnej dbałości o kompozycyjną organizację. Pozornie zestaw wydaje się łatwy do ogarnięcia, jednak im dłużej tego słucham, tym więcej szczegółów wychodzi na wierzch i wciąż wydaje mi się, że nie zdołałem odkryć wszystkiego.

Ale Dornik nie jest albumem, który prosi się o jakieś analityczne rozważania, przy których wachlarz intelektualnych narzędzi będzie nieodzowny, bo to niesamowicie przyjemne, dające radość piosenki. Mam wrażenie, że strona A jest bardziej poszukująca, wycofana – na pierwszy plan wysuwa się intrygujące igranie z ciekawymi rozwiązaniami (choćby przemycający jakiś podskórny niepokój "Second Thoughts" czy przybrany gitarowymi wzorami i delikatnymi syntezatorowymi arpeggiami przestrzenny "Mountain") , a gdzieś w tle czai się przebojowość. Z tym że Dornik nie tylko ma rękę do melodii, ale również jest takim kolesiem, który panuje nad wszystkim i nie w głowie mu przynudzanie nawet na pobocznych torach kawałków, stąd takie wałeczki jak "Blush" czy "Shadow" wyśmienicie współgrają z bardziej singlowymi punktami długograja. Weźmy pędzący w książęcym cadillacu "Strong", który zwyczajnie sam się nuci, podobnie zresztą jak "Stand In Your Line", w którym dodatkowo mamy dekorację w postaci dzwoneczkowym motywików, a cały track domyka instrumentalna koda. A na sam koniec Dornik pozostawił właściwie najmocniejsze argumenty: odrywający się od ziemi "Chain Smoke" z moim ulubionym chorusem na płycie, subtelny "Something About You" będacy nie tylko próbą odpowiedzi, jak brzmiałby Michael Jackson w 2015 roku, gdyby żył i nagrywał introwertyczne r&b, ale i piosenką brzmiącą jak zagubiony popowy klasyk z przełomu lat 80. i 90., podlany funkowymi wibracjami "Drive", o którym już zdarzyło mi się napisać parę słów i zamykający płytę "On My Mind" ewidentnie wyfasowany do roli radiowego singla. Mocarny zestaw jak się słyszy.

Dlatego bez żadnych ceregieli Dornik wkracza na moją listę roku, a jego autor staje się z miejsca postacią, z którą będą wiązał duże, a nawet wielkie nadzieje na przyszłość. Na koniec przychodzi mi refleksja, że sama myśl o powstaniu takiego albumu w naszym kraju jest kompletnie surrealistyczna. Niesamowite, ale polska ziemia nigdy nie spłodziła kogoś, kto byłby w stanie nagrać znakomity krążek w konwencji r&b. A co gorsza, nawet nie widać nikogo, kto mógłby się o taką sztukę pokusić, bo to, że nie znajdę polskiej Ciary czy polskiego Timberlake'a jest wiadome. Dlatego apel do was, młodych, utalentowanych, otwartych na nowe, polskich artystów, którzy czytacie nasz portal: idźcie tą drogą, którą kroczy Dornik. Nie patrzcie w stronę Cut Copy, The Knife czy innych faworytów sprzed lat i spróbujcie się wyluzować. To na pewno wyjdzie wam na dobre.

Tomasz Skowyra    
30 września 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie