RECENZJE

Donna Summer
Crayons

2008, Burgundy 2.1

Donna Summer jest jedną z najważniejszych ikon ery disco i to co najmniej z dwóch powodów. Ma na swoim koncie kilka klasyków gatunku i myślę, że numery takie jak "Hot Stuff", "Love's Unkind" i jeden z moich ulubionych utworów w ogóle – "On The Radio" nie pozostawiają wobec tego większych wątpliwości. Z drugiej strony Summer nie bała się eksperymentować i dokonała przełomu w wykonywanym gatunku dwa razy – pierwszy raz w 1975 roku singlem "Love To Love You Baby" i jego siedemnastominutową wersją oraz dwa lata później słynnym "I Feel Love". Ten drugi właściwie wpędził disco do grobu, zainspirował setki twórców (słynna anegdotka – pewnego dnia w Berlinie Eno przychodzi do Bowiego, puszcza mu Donnę i ogłasza "I Feel Love" brzmieniem przyszłości, które odmieni oblicze sceny klubowej na następne 15 lat) i otworzył całkiem nową kartę w historii muzyki popularnej. Oczywiście nie żeby wobec tego należało oczekiwać, że jej pierwszy po siedemnastu latach album będzie dobry – Donna zresztą, jak większość ikon disco, znacznie większą wagę zwykle nadawała realizacji koncepcji artysty singlowego. Miałem jednak nadzieję, że wraz z odpaleniem jej płyty nie będę świadkiem spektakularnej katastrofy i że na Crayons znajdzie się choć jeden warty uwagi utwór.

Tym bardziej, że nie jest to pierwszy raz, kiedy Donna wraca. Lata osiemdziesiąte nie były dla niej ciągłym pasmem sukcesów i kiedy po dwóch nieprzychylnie odebranych albumach pożegnała się z wytwórnią Geffen, w 1989 roku powróciła do łask płytą Another Place And Time nagraną z ówczesną fabryką przebojów Stock, Aitken & Waterman. Nie był to jakiś wybitny materiał, ale wystarczający, żeby w końcu się obronić i serio – ci goście nie spieprzyli zbyt wielu utworów w trakcie swojej kariery. Powrót po 17 latach nie jest oczywiście sytuacją analogiczną, jest nawet złym pomysłem z samego założenia, jednak można było mieć nadzieję na nieco więcej punktów wspólnych z comebackiem z 89. roku. Tak jak wtedy, Donna zwróciła się do producentów odnoszących spore sukcesy, jednak ciężko nawet porównywać J. R. Rotema (między innymi "S.O.S." Rihanny), Toby'ego Gada ("Big Girls Don't Cry" Fergie) czy Grega Kurstina ("Wow" Kylie, "A Public Affair" i "If You Were Mine" – no tu jest nieco łatwiej) do któregoś z ejtisowej trójcy. Nawet jeśli dorobek tego trzeciego staje się coraz bardziej zasłużony, to nie okazał on zbyt dużego szacunku ikonie disco, rzucając jej taki ochłap jak promujący singiel "Stamp Your Feet". To pozbawiony jakiejkolwiek lekkości mechaniczny pustak, którego istnienia pewnie bym nawet nie odnotował, gdyby poleciał gdzieś w radiu. Kocham pop, ale w tym przypadku rozumiem też zatwardziałych wrogów gatunku, bo sam w taki pop chętnie rzucałbym pomidorami. A i tak nie singiel jest tutaj najgorszy – niesamowicie śmieszy Donna chwytająca się urban-r&b w wykonaniu Rotema, która nie tylko na okładce próbuje udawać, że jest w wieku Rihanny albo dokonująca jakiegoś brazylijskiego pastiszu w "Drivin' Down Brazil", ewentualnie dziwacznie nawiązująca do country w "Slide Over Backwards". Właściwie w miarę zwycięsko wypada tylko raz – w przeciętnym latin-house'owym "I'm A Fire" – i to też nie w tej wersji, która znalazła się na albumie. "So if you are looking for some hot stuff", sięgnij lepiej po jakąś dobrą kompilację jej największych przebojów.

Kamil Babacz    
28 maja 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie