RECENZJE

Donald Fagen
Sunken Condos

2012, Reprise 6.6

Wydane bez szumnych zapowiedzi, z niemałą dozą nonszalancji, jak zresztą przystało na album sygnowany nazwiskiem jednego z największych, a zarazem najbardziej tajemniczych "antybohaterów" (cyt. za magazynem The Rolling Stone i niezwykle trafną laudacją wprowadzającą zespół do Rock'n'roll Hall Of Fame) w historii muzyki pop, Sunken Condos  zrywa z pokusą dopisania niejednoznacznego epilogu do eschatologicznych ruminacji Morph The Cat, ostatniego solowego krążka Donalda Fagena z 2006 roku.

Nagranie to w jego zamyśle miało trwale wieńczyć rozpoczętą  wraz z The Nightfly równo trzydzieści lat temu trylogię, w której artysta – trochę po proustowsku, ale z charakterystyczną sobie subtelną lakonicznością – zmierzył się z zagadnieniem starzenia się, przemijania, konfrontacji z tym co nowe i nieustannego powrotu do tego, co już minione. I tak The Nightfly było nagraniem pogodnym; gęstym od szczeniackiego zapału, irracjonalnych pragnień i bezwstydnych marzeń fantazmatem projektującym Fagenowi idealny model wiecznie utraconej "wymarzonej młodości", o tyle "użytecznej", o ile stale zakrzepłej w zakątkach ciągle ożywianej pamięci. Jedenaście lat później całą tę energię wygasi Fagen w życzliwie karykaturalnym interludium Kamakiriad; osadzonej w futurystycznym świecie leniwej apoteozie wieku średniego, optymistycznej w swoim stosunku do ustatkowanego, lekko nudnego życia, lekko zrezygnowanego eskapizmu i porzucenia młodzieńczych ambicji na rzecz fragmentarycznych przyjemności. Morph The Cat na nowo odgrzebie to, co wyparte w Kamakiriad, dając upust swojej gorzkiej melancholii. Sunken Condos wydaje się więc być, przez pryzmat tej prowadzonej gdzieś między wersami doskonałych albumów Steely Dan osobistej epopei Fagena, zaskakująco... nie na miejscu.

Już sama okładka wyznacza ton i temperament albumu, zdradzając w okamgnieniu intencje autora. Malownicze, rajskie dno oceanu i przebijające się przez jego powierzchnie promienie słońca mogą – przy odrobinie dobrej woli – początkowo robić nadzieję, że chodzi tutaj o duchowe powinowactwo z Pacific Ocean Blue, ale jeżeli ktoś spodziewa się, że Fagen pójdzie tutaj w tropikalne mroki i, nawiązując do arcydzieła Dennisa Wilsona, zaprezentuje jakąś silnie znaturalizowaną, ekstremalnie medytacyjną twarz swojej autorskiej wizji jazz-soft-sophisti-rocka (co byłoby zresztą fascynujące), to srogo się zawiedzie. Sunken Condos jest jeszcze bardziej dosłowne w swojej "niedzielności", niż można byłoby się tego spodziewać. To Fagen w wersji light i dla hard fanatyków twórczości Steely Dan to, że z literackiej, często niebywale sarkastycznej nieoczywistości poprzednich nagrań nie zostało niemal nic, może na początku lekko zaskoczyć. O ile "trylogię Nightfly" można by potraktować jako gęstą dramaturgicznie, intrygującą ze względu na swoje niedopowiedzenia i zaciemnienia narrację, to Sunken Condos pozostaje jedynie(?) kolekcją niepowiązanych ze sobą w żaden sposób, ładnych wakacyjnych fotografii, odchudzonych o odcienie szarości.

Zaczyna się jednak interesująco – wzorem klasycznych albumów Steely Dan opener jest najbardziej "bluesującym" akcentem płyty (tutaj "Slinky Thing"; na Countdown To Ecstasy i Katy Lied były to kolejno "Bodhisattva" i "Black Friday"). Na właściwe dla płyty tory kieruje nas dopiero "I'm Not The Same Without You" z doskonale znanym mizdrzeniem się delikatnej, funkującej gitary z wycofanym saksofonem i Gershwinowskim fortepianem. Wrażliwość Fagena, jak zawsze, wymyka się zaszufladkowaniom, a nagłe gatunkowe przesiadki – wydawałoby się: dokonywanie niemal niezauważalnymi zmianami w wykorzystaniu skromnych przecież środków wyrazu – są na porządku dziennym i do końca nie potrafimy powiedzieć, czy mamy jeszcze do czynienia z oryginalnie zaaranżowanym sophisti-popem, czy już pełnokrwistym smooth-jazzem zamkniętym w czysto piosenkowych strukturach. A może to po prostu przeładowany harmonicznie soft-rock? Dla osób nie mających dotąd styczności z twórczością duetu Fagen/Becker Sunken Condos jest znakomitym punktem startowym, bo to zdecydowanie najbardziej przystępna płyta "ze stajni" Steely Dan, daleka od chorych, aranżacyjnych eksperymentów Gaucho czy wycieńczającej barokowości Katy Lied (myśleliście, że na Secaucus jest za dużo hooków?).

Szkoda tylko, że ta przystępność osiągnięta zostaje kosztem jakości samych piosenek. Melodie na Sunken Condos (poza ewokującą dawną tajemniczość, najlepszą na krążku "Miss Marlene") są raczej cieniem wcale nie tak dawnego geniuszu Fagena (Two Against Nature = najlepszy powrót wszech czasów?), harmonie wyprane są z dawnej olśniewającej błyskotliwości, a w produkcyjne zabiegi wkrada się niepokojąca oczywistość. Trudno mi opędzić się od analogii z ostatnimi solowymi dokonaniami Briana Wilsona – niby wszystko jest na miejscu, samym utworom ciężko cokolwiek zarzucić... ale jakoś przy słuchaniu opiewanego tu kilka lat temu My Lucky Old Sun nie mogłem z siebie wykrzesać ekscytacji. Po pierwszym "zachłyśnięciu się" zaskakująco wysoką formą jednego z moich ulubieńców, szybko uświadomiłem sobie, że chyba wolałbym, żeby przeszedł na emeryturę, niż nagrywał nawet "szóstkowe" krążki. Cały (wspólny dla obu muzyków) problem w przypadku Wilsona i Fagena polega na tym, że pod względem zestawu tricków songwritingowych, wrażliwości kompozycyjnej, wyczucia brzmieniowej kolorystyki przez lata ich podejście do robienia muzyki zmieniło się niewiele – i słyszenie zabiegów stosowanych wcześniej przy produkcji tak ŚWIĘTYCH arcydzieł jak Pet Sounds czy Katy Lied w gorszym wydaniu to chyba jedno z moich bardziej niezrozumiale depresyjnych doświadczeń w świadomym słuchaniu muzyki.

A może w tym obcesowym lenistwie (widocznym na krążku w warstwie kompozycyjnej, tekstowej, koncepcyjnej) jest jakaś metoda? Może to jedyny sposób na wyjście z mroków niezaspokojonej melancholii Morph The Cat? Albo inaczej – ostentacyjnie pozbawiony doniosłości tryumf przypieczętowujący to wyjście? Derrida w swoich tekstach o żałobie pisał, że poczucie utraty powraca w postaci stawiającej zadanie wiecznego przepracowywania traumy. Może Fagen wystrychnął go właśnie na dudka? Mało wiem o jego życiu prywatnym, ale raczej wątpię, żeby spoglądając w przeszłość, czegokolwiek żałował.

Jakub Wencel    
5 grudnia 2012
BIEŻĄCE
American FootballAmerican Football (LP3)
Mac DeMarco"All Of Our Yesterdays"