RECENZJE

Doldrums
Lesser Evil

2013, Arbutus 7.3

W czasach, gdy wysyp bieżącej muzyki wymusza pobieżność recepcji, łatwo o przeoczenie rzeczy wartościowych. Jeżeli chcesz być ”na bieżąco” i nie jest ci bliska idea no-lifingu zawsze coś pominiesz prześlizgując się po powierzchni. Możesz bawić się w to albo nie - takie zasady gry. Nowy Doldrums jest właśnie takim albumem, który bez odpowiedniej atencji może okazać się kolejnym dziełem bez historii, owocem imaginacji zafascynowanego technologią sfrustrowanego geeka – porażając ogromem przerostu formy nad treścią.

Airick Woodhead jest częścią płodnej sceny elektroników z Montrealu, jego ziomkami są Grimes i D’eon, a materiał na jego nowy album powstał na laptopie Boucher. Typ ma na swoim koncie przyzwoitą EPkę, kilka remiksów, wspólną trasę z Purity Ring oraz udział na zeszłorocznym Visions sławnej Kanadyjki. Wokół postaci muzyka zdążył też wytworzyć się umiarkowany hype nie tylko dzięki asocjacjom z Grimes, ale przede wszystkim za sprawą charakterystycznego, inspirowanego Björk czy Lizzi Bougatsos androgenicznego falsetu, płynącego na polirytmicznych konstrukcjach będących wypadkową noise’u oraz synthpopu. Jeżeli dodać do tego fabularny pierwiastek dystopiczny wokół którego zbudowany jest koncept albumu (w skrócie: naukowiec odkrywa nowy rodzaj medykamentu podawanego pacjentom w celu wprowadzenia ich w stan świadomego snu, podczas którego maja oni zgłębić źródło swojej traumy, aby ją przezwyciężyć w realnym świecie. Okazuje się, że ludzie poddani eksperymentowi doświadczają zbiorowej świadomości, uczestnicząc w czymś na kształt alternatywnej rzeczywistości. Zaczynają tworzyć mapy swoich snów, następnie dzielą się nimi w celach realizacji swoich najczarniejszych, najbardziej dzikich fantazji) mamy do czynienia z konstruktem idealnym dla wszelkiej maści modnego hipsterstwa.

Sama idea brzmienia Lesser Evil zrodziła się w głowie Airicka zeszłego lata podczas pobytu w rodzinnym Toronto. Woodhead uczestniczył w szeregu imprez podczas których dochodziło do ciekawej mieszaniny wpływów tanecznych z awangardowymi. Muzycy kojarzeni do tej pory głównie ze sceną eksperymentalnego noise’u, stawali za konsoletą, prezentując swoje sety publiczności o tanecznych preferencjach. Ponadto obok przytoczonego powyżej mariażu, jako główną inspirację Airick wskazuję bardziej taneczne oblicze Dana Snaitha – Daphni. To wszystko da się wychwycić, jednak Woodhead jest maksymalista i wpływów jest tutaj dużo więcej. Mam wrażenie, że podczas nagrywania Evil Kanadyjczyk uważnie słuchał zarówno Animal Collective jak i brooklyńskiego duetu High Places. Wyraźne są też inspirację muzyką Boucher, bedroomowym dream popem w rodzaju Mascara Hera, nowojorczykami z Black Dice, krajanami z Crystal Castles, ale też artystami bardziej klasycznymi – Radiohead (głównie na etapie Amnesiac oraz HTTT) czy Björk (nie tylko za sprawą wokalnej maniery).

Inspiracje oraz brzmienie (wprawdzie intrygujące) w przypadku Lesser Evil nie są najważniejsze, choć to elementy, które narzucają się samoczynnie w pierwszej kolejności. Istotą albumu są ukryte gdzieś pomiędzy tym całym heterogenicznym, dynamicznym środowiskiem linie melodyczne, niewiele mające wspólnego z klasycznym pojęciem hooka, raczej bliżej im do tych konstruowanych chociażby przez Thoma Yorke’a. I nie mam tu na myśli jedynie partii wokalnych podkreślonych poprzez charakterystyczny sposób śpiewania oraz ładunek emocjonalny w nich zawarty, ale też snujące się wokół nich motywy, których kunszt nie jest oczywisty od razu, ze względu na eklektyzm, a przede wszystkim złożoność zebranych kompozycji.

Analizując poszczególne utwory, na szczególną uwagę zasługują ”Anomaly” z nałożonymi na siebie warstwami wokalnymi przywołującymi skojarzenia z Grimes, oraz mój ulubiony ”Golden Calf” – utwór mocno czerpiący z dokonań Crystal Castles, gdzie zapętlone partie perkusyjne wsparte zostały chyba najbardziej chwytliwymi partiami melodycznymi. Z kolei ”Holografic Sandcastles” z gościnnym udziałem Sami Blanco, rozpoczyna się pochodem plemiennym bębnów ewokując mroczną, duszną atmosferę, która za moment zostaje rozjaśniona przez durową partię synthów oraz nerwowy głos Airicka budujący dramaturgię narracji, by w końcu na wysokości 2:40 osiągnąć punkt kulminacyjny. ”Sunrise” jest chyba najbardziej wyczilowanym na tle reszty tracków, z bitem, który mógłby się znaleźć na ostatnim albumie gorzowian z UL/KR. Natomiast znany już wcześniej ”Egypt” byłby idealnym nowym otwarciem w karierze sławnej Islandki, gdyby ta miała jeszcze coś do powiedzenia po Medulli. Jeśli miałbym doszukiwać się jakichś słabszych punktów w trackliście na tym bądź, co bądź bardzo równym albumie, wskazałbym na ”Lost in Everyone” – zabarwiony dronującymi partiami klawiszy, pełen rezygnacji utwór, klimatem czerpiący z spokojniejszych fragmentów Amnesiac nie do końca mnie przekonuje w stosunku do reszty kompozycji. Jednak nie jest to jakiś zły utwór, a wybór ten jest nieco na siłę.

Pomijając kwestie rozstrzygania słuszności historii stojącej za konceptem, Lesser Evil wydaje się być próbą stworzenia poważnej artystycznej wypowiedzi. Mogę sobie zresztą wyobrazić rzesze młodzieży zajawionej sci-fi, dla których może to być album istotny z całym tym pozamuzycznym zapleczem. Na szczęście nie ma to jednak większego znaczenia, ponieważ niezależnie od tego, na płaszczyźnie recepcji samych dźwięków funkcjonuje on nad wyraz poprawnie.

Marek Lewandowski    
7 sierpnia 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie