RECENZJE

Doda
7 Pokus Głównych

2011, Universal 1.7

W polskim światku muzyki pop absurd absurdem pogania i nie jest to żadną tajemnicą, ale pozycja Dody w nim to doprawdy kuriozum na skalę światową. Współcześnie często obserwujemy zjawisko popularnie znane jako "przerost formy nad treścią", ale chyba w żadnym innym przypadku dysproporcja pomiędzy popularnością a jakością muzyki nie jest aż tak widoczna. Poważnie, czy gdzieś indziej na świecie występuje fenomen pod tytułem "gwiazda muzyki pop bez żadnego przeboju"? Beyonce ma "Crazy In Love", Nelly Furtado dotarła do serc mainstreamu "Maneaterem" o Kylie, Rihannie i innych nie wspominając. Nawet Gaga ma to swoje "roma-roma-ma" i parę fajnych hooków, a tu? Wiadomo, te panie grają w zupełnie innej lidze, ale mechanizm jest przecież dosyć uniwersalny. Sorry, przejrzałem tytuły kawałków z solowego debiutu Rabczewskiej i nic, "samo dno, poziom zero". Zresztą ta płyta został zdissowana nawet w pogodnie nastawionym do życia Teraz Rocku (dwie gwiazdki, przypominam), więc to komentuje się samo przez się. Żebyśmy się źle nie zrozumieli – w pewnym sensie podziwiam ambicję Dody i to, jak ze skromnej dresiary z Baru przeobraziła się w główną rozgrywającą na tym swojskim kurwidołku. Tylko że na moje oko w ogóle nie dowodzi to jej talentu, bardziej zaś świadczy o ogólnie beznadziejnej kondycji polskiego mainstreamowego popu.

O ile poprzedni album to były jakieś pseudo-rockowe popłuczyny po Virgin (tak jakby było po czym spłukiwać), tak ten nowy miał być (podobno) zapuszczeniem się w niespotykanie nowoczesne "elektroniczne klimaty". Jak napisali we Wprost: "głównym producentem płyty jest duet 5th Element, który wcześniej nagrywał m.in. z Korą i ponoć ma niebawem współpracować z Kylie Minogue." Wszystko się zgadza, a głównym recenzentem tej płyty na Porcys jest Kacper Bartosiak, który wcześniej pisywał m.in. do gazetki szkolnej i ponoć ma niebawem współpracować z The Times. Jasne, te piosenki może i są dobrze zrobione, ale co z tego, skoro są po prostu słabe? Kupa zapakowana w ładną torebkę pewnie wygląda lepiej od pozostawionej na trawniku, ale raczej ciężko się nią zachwycać. Piosenki na 7 Pokus Głównych są tak niewyobrażalnie toporne, że nie chce mi się uwierzyć, że ktoś ich w ogóle wcześniej słuchał. "Nowoczesność" tego albumu polega chyba na nietypowym spotkaniu w połowie drogi pomiędzy prymitywną rockerką a tępą, elektroniczną łupaniną bez krztyny kreatywności. Wszystko i tak rujnuje koszmarna maniera wokalna Dody, która sprawia, że momentami zaczynam tęsknić za Chylińską. Dobra, bez przesady, ale tak komicznie przerysowanego wokalu jak w refrenach openera czy w "Lazarium" nie słyszałem u nas od dawna.

Mizerna muzyka nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, ale cała sprawa w przypadku najnowszego albumu Dody jest jednak głębsza. Gdyby to były tylko "słabe piosenki", to pal licho – nie takie rzeczy już w tym kraju słyszeliśmy. Absurdu całości dodaje tak zwana "strona tekstowa". Muszę przyznać, że do dziś do końca nie objąłem swoim malutkim rozumkiem ogromu tego przedsięwzięcia, więc mam nadzieję, że i tym razem niezawodna Wikipedia przyjdzie mi w sukurs. "Wszystkie [piosenki] (poza trzema bonusowymi) oddzielone są od siebie tzw. lutowaniami, czyli krótkimi łącznikami składającymi się z pewnych dźwięków i słów wypowiadanych przez Dodę w wykreowanym przez nią języku Dodarin (który jest dialektem języka elfickiego)". Tak, dobrze widzicie. Nasza gwiazda, niczym Liz Fraser, stworzyła swój język. W dodatku elficki. Nazwała go Dodarin. Tak. To się stało.

Umówmy się – teksty to w ogóle nie była nigdy mocna strona Dody. Autorka niezapomnianych wersów "Chora na wrzaski / Chora na słowa / Chora aż boli mnie głowa" trzyma formę, ale i tak pozostaje w cieniu Fokusa, który w "Fuck It" chwilami przechodzi samego siebie. "Czemu kiedy jestem tutaj latasz jak Okęcie", "My oznacza ja i ty i twoje pierdolnięcie / Odpadam, gdzie ty idziesz gdy do ciebie gadam". W przerwach pomiędzy tymi błyskotliwymi konstatacjami Doda wydziera się jakby ją obdzierali ze skóry i to daje jako-taki obraz tego albumu w pigułce. Jak powiedział Paweł Ziętara, znany jako Pablo de Silva i połowa duetu 5the Element, w porywającym wywiadzie: ''Kiedy tego słucham teraz z perspektywy czasu, uważam, że nie można tej płyty zaszufladkować. Nie włożysz jej do popu, nie włożysz jej do electro, nie włożysz jej tak naprawdę nigdzie''. I nie wkładajcie jej nigdzie, a już na pewno nie do waszych odtwarzaczy, bo szkoda zdrowia. Ten wywiad to w ogóle mocna sprawa, jeśli interesuje Was co jest dziś nie tak z polskim popem, to znajdziecie tam sporo wskazówek.

Wczuwając się w konwencję proponowaną na trackliście ("Chimera", "Dejanira", "Gra Temidy") też odkurzyłem Mitologię Parandowskiego i w związku z tym mam dla was parę ciekawych konkluzji. Po pierwsze, piętą achillesową Dody wciąż pozostaje praktycznie wszystko – kuleje kuriozalna strona muzyczna, niedomagają teksty, irytuje maniera wokalna a do wymiotów zmusza idiotyczna okładka. Być może Rabczewska (Pysia) czuje się jak pępek świata w naszej popowej stajni Augiasza, ale tytaniczny wysiłek włożony w kampanię promocyjną Siedmiu Pokus Głównych nie przykrył tego, że ten album to jedna wielka muzyczna puszka Pandory.

Kacper Bartosiak    
23 czerwca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja