RECENZJE

DJ Signify
Sleep No More

2004, Lex 5.9

Zmyślny koncept tego mrocznego albumu polega na kreacji fabularnej scenerii najprawdziwszego horroru. Reżyserem jest oczywiście sam Dj Signify, nowojorski producent, prywatnie – jak mniemam – miłośnik filmów grozy. Nie jest to jednak niskobudżetowa gratka li tylko dla koneserów, na co wskazuje sprytne posunięcie strategiczne: ściągniecie do studia pary Sage Francis & Buck 65. Obecność tak uznanych rapistów to magnes, lep przyciągający media "jak ciepłe kraje ptaki", a tym samym szansa na dotarcie do, jak to mówią, "szerszego słuchacza". Zresztą sam materiał nie przypomina standardowej kinowej chały, bazując raczej na wywieraniu presji na zmysłach poprzez wyrafinowane operowanie niepokojem, niż oczywistych scenach morderstw, gwałtów etc. Poszarpana, nieskrępowana związkami przyczynowo-skutkowymi akcja sunie leniwie przez ponad godzinę, samym swoim rozmiarem powodując senną hipnozę. Powolne bity, transowe, rozmyte struktury hołdujące formule "unfocused" spod znaku cLOUDDEAD tworzą trzon. Urozmaiceniem są gęsto wtrącane skecze z filmowych dialogów, wkłady rasowej melancholii ze stricte bardowskimi, lo-fajowymi przyśpiewkami przy akustyku (jak ta z otwarcia "Winter's Going"), wreszcie bliżej nieokreślone eksperymenty brzmieniowe mające swe apogeum w niemal groteskowych (z racji braku treści) "Shatter & Splatter" czy "The Nods". Niestety rzadziej pojawiają się przypominające klimat Personal Journals jazzowe improwizacje, w stylu trąbki ze "Stranded", czy klawiszy z "Cup Of Regret".

A skoro już wywołałem solowego Sage'a, to warto sięgnąć pamięcią do mieszczącego się tam kawałka "Specialist", pokrewnego atmosferą do Sleep No More. Analizując podobieństwo, obstawiałbym, że zarówno sam Francis (Buck 65 wypada tu jak kopia doskonała Sage'a – łatwiej ich odróżnić po sposobie rymowania, niż po barwie wokalu) posiada zdolność zaszczepiania pierwiastka poważki produkcjom w których partycypuje, jak i autor przedsięwzięcia ewidentnie dążył do uzyskania powyższego efektu. Jednak wśród ciągłej nawałnicy głębokich basów i pulsującego rytmicznie, wszechobecnego, niemal ogłupiającego stukotu bębnów zdarzają się momenty rozprężenia, vide wesoły przerywnik "Peek'a Boo-Part 1". Świeżym tlenem ratują także osamotnione, żwawsze "Haunted House Party" i najnormalniejszy na płycie "Five Leaves Left (For Lauren)". Pozwalają one otrząsnąć się z transowej hipnozy, słodko kołysząc jak rasowe hity ze znakomitego Hope Non–Prophets. Lex tradycyjnie zapewnił tekturową, efektowną, choć niepraktyczną okładkę, obrazującą bliżej nieokreślone imadło, kryjącą wewnątrz kilka rzutów zbrązowiałej, chyba zgniłej ręki. No co, horror przejesz. Grunt, że wciągający, przekonywający i całkiem oryginalny.

Jacek Kinowski    
1 marca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja