RECENZJE

DJ Shadow
The Private Press

2002, MCA 6.6

Pierwsza płyta DJ Shadowa spotkała się z niezmiernie ciepłym przyjęciem. We mnie nie wzbudziła ona jakiegoś nadmiernego entuzjazmu, natomiast trzeba jej przyznać całkiem oryginalną jakość i odwagę w łamaniu pewnych schematów. Shadow łączył na niej swój perfekcyjny, agresywny warsztat z numerami potulnymi, rozciąganymi jak wygniecione prześcieradło. To właśnie te fragmenty, kiedy rozmijały się z moim nastrojem, kojarzyły mi się czasami z rozgotowanymi kluchami. Dzisiaj, po paru latach, trzeba przyznać, że DJ Shadow świetnie zapełnia lukę adapterowej muzyki dla mas, a jego zabiegi, w których kosztem turntablistycznych popisów ujawniają się jego liryczne zakusy, okazują się wyborem własnej, niezależnej drogi artystycznej i trzeba to doceniać.

Nie mogę powiedzieć, że po tej płycie spodziewałem się czegoś więcej. Z drugiej strony można też zastrzec, że Private Press nie jest tak do końca przewidywalna, ani że Shadow podąża prostym traktem. Na pewno obcowanie z nią przynosi parę siurpryz, ale nie były one z serii tych co to mnie pod sufit wybijają, tak jak było w przypadku choćby "Number Song" z jego pierwszego albumu Endtroducing..., ze zsamplowanym motywem z "Oriona" Metalliki. Private Press również stanowi satysfakcjonującą całość, a kulinarny błąd rozgotowanych kluch nie ma tu miejsca.

Shadow rozważnie wyłącza w odpowiednich momentach gaz, przez co utwory nie ulegają rozmącznieniu. Jest na tej płycie tylko jeden zgrzyt, którego do końca nie trawię – "Blood On The Motorway". Wydaje mi się, że nie tylko mi się tak wydaje, że się wydaje, że w tym numerze sprawy zaszły za daleko. Nie potrafię po prostu zaakceptować patetycznego pianina i jęczenia w stylu Eltona Johna na płycie tak sprawnego zwyriola jakim jest Shadow.

Poza tym jedynym akcentem, na którym Kalifornijczyk w moim odczuciu się pomylił, płyta jest naprawdę dobra, w jego stylu. Po parunastu przesłuchaniach zaprzyjaźniłem się z nią dosyć blisko i jestem przekonany, że na jej atrakcyjność może liczyć każdy. W tym miejscu dłużny jestem wyjaśnień co znaczy w tym przypadku "dobra", bo jak wiecie dobre mogą być zarówno pierogi z kapustą jak i Matka Teresa z Kalkuty. Tym razem dobry oznacza mniej więcej tyle co zwyczajny, troszkę pasywny, ale umiejętnie wyważony, rozrywkowy, ze świetnym zastosowaniem na przykład w aucie, przeznaczony do wielokrotnego użycia ("Fixed Income" po przełamaniu we mnie wrażenia rozgotowanego makaronu okazał się klawym, przekonującym doświadczeniem, na pierwszy rzut ucha troszeczkę pretensjonalnym, z czasem ujawniającym swoje głębsze intencje).

"Walkie Talkie" i "Monosylabik" potwierdzają wizerunek jednego z najlepszych mieszaczy na świecie. Szczególnie ten pierwszy prezentuje się efektownie. A przecież zamieszkują tutaj jeszcze obok nich takie bomby z opóźnionym zapłonem jak shadowowy "crosstown trafic" w postaci "Mashin' On The Motorway" czy "You Can't Go Home Again", do którego krąży w eterze teledysk, mogący według mnie stawić czoła "Gantz Graf" Autechre w drodze po tytuł teledysku roku.

Private Press trudno jednak stać się płytą, do której człowiek może się przywiązać, zapamiętać na długo. Jak już wspomniałem jest to płyta dobra, w porywach do wybornej, ale też zawiewająca miejscami pierogami z kapustą albo ze słonym serem jak ktoś lubi kapustę, a jak ktoś lubi ze słonym serem to z pumpernikelem. Sumując, nie jest to jakiś ambitny wyskok sprawnego artysty, ale solidna, barwna robótka z pumpernikelem.

Krzysztof Zakrocki    
17 czerwca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie