RECENZJE

DJ Quik
The Book Of David

2011, Mad Science 7.0

DJ Quik idzie w ślady Prince'a i Paula McCartneya (circa Chaos And Creation In The Backyard), wydając zaskakująco wymiatającą porcję rapu jak na kolesia, który ostatni prawie-klasyczny album zanotował w roku dziewięćdziesiątym pierwszym. Łącząc producencki old-school z najnowszymi trendami podkładotwórstwa, Quik zdaje się nie tylko być świadom epokowego rozdwojenia swojej muzyki, ale wręcz wykorzystuje tę bipolarność ku uciesze zagłębionych w ninetiesie i Odd Future hipsterów oraz zaspokojeniu własnych artystycznych aspiracji.

Bardziej producent niż raper, David Marvin Blake przez ponad dwadzieścia lat swojej kariery uczestniczył w kluczowych dla rozwoju hip-hopu wydarzeniach, zawsze jednak stojąc odrobinę z boku. Jako ziomek z Compton w Kalifornii był jednym z pierwotnych przedstawicieli pochodzącego stamtąd gangsta rapu, swoją kontrybucję prezentując na niezwykle udanym Quik Is The Name. W ciągu następujących lat – i w efekcie dekad – trzymał się blisko najważniejszych graczy sceny zachodniego wybrzeża, pomagając przy nagraniu "All Eyez On Me" Tupaca oraz pojedynczych utworów dla takich nazwisk (ksywek?) jak Snoop Dogg, Kurupt, czy też zmarły niedawno Nate Dogg. Szczególnie z Kuruptem jego współpraca była nad wyraz owocna, doprowadzając do wspólnego albumu dwa lata temu, BlaqKout, który wraz z Safe + Sound z dziewięćdziesiątego piątego uznawany jest za jedno z najmocniejszych wydawnictw Quika po semi-klasycznym debiucie.

W tym momencie do powyższego grona dołącza właśnie The Book Of David, choć jest to płyta fundamentalnie inna od każdej z poprzednich pozycji w dorobku rapera. Tak jak wcześniejsze krążki celowały w target głównie czarny, tak tym razem wydaje się Quik próbować ustrzelić kilku białasów. Zamiast usprawniać swoją trademarkową wersję Clintonowskiego P-Funku, z jakiego znane dotychczas były jego podkłady, tym razem proponuje artysta wycieczkę (niezwykle frapującą skądinąd) po gamie retro i eksperymentalnych hip-hopowych prądów absorbujących obecnie głównie białą, dobrze wyedukowaną, dwudziestokilkuletnią publikę.

W praktyce oznacza to powrót do korzeni w postaci głębokich, jaskrawie syntetyzowanych G-funkowych bitów i wychillowanych nawijek; "Do Today" mógłby na przykład ukazać się dwadzieścia lat temu i nikogo by kawałek za bardzo nie szokował. Z drugiej strony przepuszcza Quik retro wpływy przez filtr alternatywnego, futurystycznie zabarwionego hip-hopu; poszatkowana perkusja i odrealniony synth otwierającego "Fire And Brimstone" mogłyby na dobrą sprawę pochodzić z tegorocznego Goblina. Najlepiej wypada ostatecznie synteza tych dwóch wrażliwości: "Real Women" przykuwa zwiewnym keyboardowym riffem, mocną linii funkowego basu i śpiewanym męskim R&B, zbliżając się cudownie blisko rejonów naszych ulubionych progresywnych old schoolowców z Foreign Exchange.

DJ Quik odnalazł receptę na sukces u progu epoki post-rapowej, przeistaczając się niejako w Dam-Funka południowo-centralnego LA; Blake zaskakuje niesamowitą umiejętnością operowania swoim doświadczeniem, statusem quasi-legendy, oraz prawem dwudziestoletnich cyklów, zarazem będąc na bieżąco (a nawet krok do przodu) w kwestii panujących mód i tendencji. Wielu weteranów mogłoby się od niego uczyć.

Patryk Mrozek    
4 czerwca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie