RECENZJE

DJ Nate / DJ Roc
Da Trak Genious / The Crack Capone

2010, Planet Mu 5.4

Przywykło się pisać o tych płytach wspólne teksty i na dobrą sprawę takie postępowanie jest mocno uzasadnione. Oto w jednym roku dwóch reprezentantów chicagowskiej sceny footworkowej, której mainstreamowy czas chyba w końcu nadszedł, wydaje albumy w relatywnie popularnym labelu. Co więcej, jeśli dobrze obronić temat semantycznie, to są to debiutanckie płyty, choć różnica w faktycznym dorobku i street credit każdego z nich to zupełnie inna bajka.

DJ Roc to koleś działający niemal dekadę – jako wyspecjalizowany DJ, współzałożyciel projektu Bosses Of The Circle, znany na dzielni twórcach mixtape'ów etc., no generalnie nie ta generacja. Nate inauguruje natomiast dopiero trzecią dekadę swojego życia i, chociaż wymoczek, zbiera same pozytywne recenzje i przedstawiany jest jako koleś, który może przyczynić się do rozpropagowania footworku podobnie jak Wiley do popularyzacji grime'u (z całym szacunkiem dla skali). Patrząc w szerszej perspektywie – to Nate jest tutaj uczniem, który przerósł mistrza o dwa centymetry około.

To mój prywatny problem, wiem o tym, ale ja tego nie rozumiem.

Jedyne rozsądne wytłumaczenie funkcjonuje w rzeczywistości, w której nadrzędną wartością muzyki jest jej wartość użytkowa. Na ile rozumiem ten taniec – a rozumiem go z perspektywy filmów na YouTube i prawidłowości na obu przywoływanych tutaj płytach – to Nate rzeczywiście bardziej daje radę. Schemat na całym cholernie długim "Da Trak Genious" jest taki sam – silnie zarysowany rytm o szybkim bpm i pocięte wysokie dźwięki, najczęściej z wokali, występujące w roli melodii. Są oczywiście drobne wyjątki, jednak odbiór poszczególnych utworów będzie bardziej subiektywny, niż zwykle – na zasadzie "hej, podoba mi się ten cięty wokal tutaj", "a ja wolę tamten kawałek dalej" – spierać się nie ma o co. I, oczywiście, Nate sięga po sample popowe, hip-hopowe, rockowe i owamte i przez wykręcanie ich na rozmaite strony próbuje nadać im nowe znaczenie, ale rezygnuje z dłubania w strukturach utworów, przez co efekt końcowy przypomina jedynie ścieżkę dźwiękową do podręcznika tańców, gdzie kolejne tracki mają po prostu jak najmniej absorbować ćwiczącego. Ani razu Nate nie osiąga poziomu żenady, jednak słuchacz nastawiony na słuchanie właśnie, mogą się nudzić. Wyznawcy nazwą ten zabieg "spójnością".

Jednak to – pełniący funkcję seniora – Roc, zachowuje się tak, jak na dojrzałego weterana przystało. Gdyby porównać footwork do, powiedzmy, Gran Torino, to Nate byłby Carley'em, ale to Roc zająłby miejsce Eastwooda. Roc tworzy chorą mieszankę bazującą na sprawdzonych pomysłach DJ'ów, producentów i instrumentalnych hip-hopowców. Płynnie przechodzące w siebie tracki atakują słuchacza może nie odkrywczością, ale na pewno ze wszystkich stron. Roc też tnie i powtarza na potęgę, ale wkłada do indeksu po kilka interesujących sampli i umiejętnie miesza je ze sobą. Rytm to przyspiesza, to wybija się na pierwszy plan, to w ogóle zanika i nie przypomina niczego sensownego. Spektrum zainteresowań – sądząc po brzmieniach – szerokie, mniej tu ghetto techu i house'owych naleciałości, więcej nawiązań do jakiegoś Blockheada czy innych Nosdamów, The Crack Capone tchnie więc klasykiem momentami. Większa paranoja – w ogóle jakiekolwiek emocje są mile widziane, po odmóżdżającym koncepcie Nate'a – więcej rozwiązań aranżacyjnych, powstała płyta, która świata nie zawojuje, ale spokojnie znajdzie kilku sympatyków wśród ludzi, którzy brzmienia około-hip-hopowe poznają na słuchawkach, a nie na ulicy. Nie wiem ile osób bawi się w ten cały footwork, żadnej nie poznałem, ale aktywnie wrócę do Roca... Kilka punktów przewagi dla starego, choć nie sądzę, żeby którykolwiek wbił się przebojem na jakąkolwiek listę czegokolwiek.

Filip Kekusz    
28 grudnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja