RECENZJE

Dizzee Rascal
Tongue N' Cheek

2009, Dirtee Stank 6.3

KB: Spałem dzisiaj całe popołudnie, a po obudzeniu kontynuowałem przebywanie w nietrzeźwym letargu, chillując się przy oklepanych sprawdzonych patentach jak Moon Safari, urozmaicając je kawałkami Memory Cassette i Toro Y Moi. Perspektywa recenzowania imprezowej płyty przerażała mnie cały dzień, a przynajmniej przez ten jego fragment, podczas którego byłem w stanie jakoś myśleć. W końcu się zebrałem i przeszedłem z jednego stanu emocjonalnego w drugi tak szybko, że zaczynam diagnozować u siebie schizofrenię albo to jest po prostu tak pozytywna płyta. Podejrzewam, że jednak to drugie, bo po przebyciu nieco zbyt agresywnego (dziś) "Bonkers", kolejne kawałki skutecznie wywoływały chęć dzikiej imprezy ("Road Rage", "Dirtee Cash", "Holiday"), ale dzięki "Chillin' Wiv Da Man Dem" i "Leisure" można było uniknąć zachłyśnięcia się zarzyganym w klubie kiblem, co mógłbym odebrać dziś nieco sceptycznie i posiedzieć jednak w przytulnej sypialni. Najfajniejsze kawałki wyprodukował tu Cage i brawa dla niego. Nie zarejestrowałem na płycie też żadnych słabych utworów, bo nawet ten produkowany przez Tiesto trzyma wysoki poziom. Mimo tej postępującej zmiany klimatu płyt albo pojawiających się zarzutów, że to już nie ten Dizzee jakim świat się zachwycił, czy zapraszania modnych w różnych kręgach producentów, gwiazdą tej płyty jest nadal Dizzee Rascal i dlatego wymiata ona tak mocno.

KFB: No dobra, ja trochę wiem, co może ludzi w tej nowej płycie Rascala odrzucać – nie od dzisiaj wiadomo, że takie "stylistyczne wolty" mało komu wychodzą na dobre. Rozdźwięk pomiędzy debiutem nie dotyczy tylko brzmienia – wiadomo, współpraca z ludźmi pokroju Van Heldena, Calvina Harrisa i Tjesto musiała odbić się na odbiorze krążka pod kątem muzycznym – zastanawiająca jest także zmiana w przekazie młodego wciąż Brytola. To już nie powątpiewający w sens świata, zbuntowany nastolatek tylko doświadczony playa, który niejedną niunię zbajerował widokiem swojego nowego Porszaka, a na dodatek sam teraz twierdzi, że "lunatics are idiots", ciekawe. Co dziwne, ja mimo wszystko dalej go kupuję. Ile by jadu po adresem Tjesto nie wylewać, to trzeba oddać, że sam pomysł takiej współpracy jest przynajmniej *intrygujący*, a wykonanie nie pozostawia wiele do życzenia; legendarny DJ wyprodukował Millsowi bardzo solidnego bangera. Do fanów "starego Rascala" bardziej trafią kawałki napisane wspólnie z Cage'em (a tych paradoksalnie jest całkiem sporo i nie ma wśród nich żadnych dłużyzn), chociaż fani współczesnego popu też nie powinni być zawiedzeni ("Holiday" i "Bonkers" jako imprezowe hymny współczesnego pokolenia). Ciekawe, jaki będzie następny krok w rozwoju Anglika – pójście w hardkorowe dresiarstwo ciężko wykluczyć, z drugiej strony jakiś powrót do korzeni też mnie zbytnio nie zdziwi. Jak to ma stać na takim poziomie, to niech robi co chce.

BD: W ogóle ktoś pamięta jak ten szczaw debiutował? Wtedy to był zupełnie inny klimat: apokalipsa, alienacja, choroba. Paranoja na bloku. A teraz gada o tym że bzyka na okrągło laski, imprezując w najlepsze. Ciekawy zwrot w sumie. A najśmieszniejsze, że jest w tym przekonujący. Bo Dylan Thomas, wewnątrz bardzo wrażliwy (poznał księdza Popiełuszkę), ma dobry flow, który uwielbiam. Właściwie to napierdala jak skurwysyn i... jest w tym autentyczny.

AG: Ziomki z Woli Justowskiej nagrały kiedyś hip-hopowy kawałek z pamiętną linijką-apostrofą do disc jokeya: "Nie chcemy tańczyć, ale się gibać". Otóż cały problem z nową płytą Dizzeego polega na tym, że wyraźnie przeznaczono ją dla tych tańczących, i to na pełnej kurwie. Wbijcie to sobie do głowy, przestaliśmy być targetem. Sarkastyczny tytuł (właściwie to nie wiem, dlaczego nie użyto po prostu tytułu Sarkastyczny tytuł) starannie ukrywa fakt, że dla chłopaka cały koncept ironii jest wciąż chyba dość świeżą sprawą. Dizzee udaje, że nigdy nie siedział w grimie, za to od dziecka w "Tote it" (drugi na płycie "Road Rage") i że całkiem normalną procedurą jest dziś nagrywanie closera u DJa Tiesto i żebyśmy my, ludzie małej wiary, wzięli to na klatę. Ja się uchylam. W dodatku "Bonkers" brzmi nieomal jak ci debile więc sorry, ale.

Z drugiej strony, są na Tongue N' Cheek momenty, jeśli go puścić na shufflu, że powracają luźne analogie z prywatkami sprzed lat, kiedy ktoś w akcie desperacji nastawiał na adapterze Piracy Funds Terrorism i nagle jest piąta rano i nikogo nie ma już na danceflorze, bo nawet najbardziej przypałowi znajomi nie chcą baunsować z tobą do kawałka składającego się z jednego sampla i nawijki ("Money Money" a "Definition Of A Roller"), ani tym bardziej do następnego, tak, tego właśnie który jest zdecydowanie zbyt jamajski, żeby móc sobie spojrzeć w twarz następnego dnia ("Can't Tek No More" a "Cutty Ranks") i wiesz już, że nie poruchasz w tym odcinku, ale i tak bawisz się najlepiej i najdłużej.

Aleksandra Graczyk     Kamil Babacz     Kacper Bartosiak     Borys Dejnarowicz    
24 listopada 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie