RECENZJE

Dizzee Rascal
Showtime

2004, XL 5.4

TOP TEN THINGS THAT WON'T BE WITH US IN A YEAR

03. Dizzee Rascal

Thesaurus Musicarum 2003, p. 181


Inicjalnie, wydaje się, że jednak nawet bogowie (wyjątek potwierdzający regułę) bywają omylni. Dylan Mills jest przecież obecny jak najbardziej: medialne nagłośnienie jego postaci, które rozpędzało się od edycji wczesnych singli i premiery długogrającego debiutu, a szczyt osiągnęło wraz z prestiżową nagrodą "Mercury Music Prize" i mnóstwem list końcoworocznych namecheckujących zgodnie Boy In Da Corner, dwanaście miesięcy później utrzymuje się zadziwiająco stabilnie. Przyczyną sofomor Showtime, prawie równie uniwersalnie doceniany, co poprzednik. Lecz jeśli zanurzyć się w temat nieco głębiej, wyżej cytowane proroctwo sprawdziło się co do joty. Dizzee okazał się być cudem jednego akcentu, aktorem jednego spektaklu, artystą jednego patentu. Let's face it: w teorii, Boy In Da Corner prezentowało się męcząco i ciężkostrawnie. Rzeźbiarskie, trójwymiarowe, odrażające blaszano-metalowym echem podkłady plus katastroficzne, spazmatyczne ill-nawijki – nie da się tego słuchać przecież. I w tym tkwił geniusz Dizzeego, że katowaliśmy tę płytę dziesiątki razy z wypiekami na twarzy, bo uzależniała jak narkotyk.

Niestety Showtime zaprzecza elementowi heroicznemu i wygląda dokładnie jak estetyka Dizzeego na papierze: te substraty figurują tu bez kontekstu, zagubione wobec samych siebie i pozbawione anty-chwytliwości decydującej uprzednio o magii. W efekcie starszy stażem ziom z dzielnicy Wiley i zwłaszcza dziewczyna-zwierzę z Cejlonu o enigmatycznej ksywie M.I.A. biją na głowę wymęczone, nudnawe drugie dokonanie Rascala. Kwestia przechodzenia z undergroundu do mainstreamu to odwieczny topos w drodze każdego rapera, i Dizzee zetknął się z tym problemem dość szybko i w zastraszająco młodym wieku (osiemnaście lat przy pierwszym longplayu, a tu masowa popularność, sesje fotograficzne, wywiady, teledyski, ach, bezbronny dzieciak spanikował!). Interesujące, jak okładki obu krążków Rasa ("Dizzee who? RAS!") puentują ich message przewodnią. Jak pamiętamy, front cover Boy obrazował młodziana skulonego w "kącie", przyprawiającego sobie samemu rogi – metafora ambiwalentnej samooceny i autobiograficznej szczerości.

Koperta Showtime natomiast ukazuje fotkę wyprostowanego, pewnego już siebie bossa w świecie błyszczących neonów i dużej kasy. Płyta jest właśnie o tym: o trudach odnalezienia się w rzeczywistości popkulturowej, w której samemu jest się gwiazdą trochę na przekór ideałom i zapatrywaniom. To bardzo ciekawe, ale mnie osobiście nie zajmuje ani kariera kolesia, ani kolejne manifesty nurtu przezeń reprezentowanego. Grime, czy UKG – uczciwie olewam nazwy, jakie prasa przypina tak zwanej "scenie" bieżącego wyspiarskiego hip-hopu. Grime srime, chuja tam.. Stoję na przeciwległym biegunie od snobów podekscytowanych "falą", "nowinką" i "modą". Nie zwykłem segregować nagrań pod kątem rasowym, gatunkowym, labelowym, brzmieniowym, choć oczywiście mam świadomość stylistycznej ekspansji pewnych produkcji. Co mnie pochłania, to muzyka. I Boy, oprócz ewidentnej świeżości i namacalnego futuryzmu, wgniatał w glebę poziomem tracków, funkcjonujących świetnie w oderwaniu, a jeszcze lepiej razem.

Dlatego szkoda, że na Showtime ze świecą szukać momentów. Żaden fragment nie charakteryzuje się taką wyrazistością, byśmy przez następny rok przy dowolnej okazji imitowali z Tomkiem flow gościa, cytując w podjarce jego natchnione rymy. Żaden nie posiada mocy zestawialnej z neurozą wstępu do "I Luv U"; orientalnie paranoiczną katarynką "Brand New Day"; zapierającym dech w piersiach, zapierdalającym wirtuozerskim popisem od 0:56 w "Fix Up, Look Sharp" (!!), zmierzającym do wzruszającej deklaracji pasji dla sztuki ("I probably be doing this probably forever"); pokomplikowanymi narracjami rodem z "Round We Go", czy kultowym "Raskit don't give a damn / I mean!", o mitycznym finale dzieła nie wspominając. W zamian dostajemy czystego Dizzeego, co mnie szczególnie jakoś nie zmiotło z powierzchni. Znając skillsy pacjenta jako MC nie dziwi kapitalne intro tytułowe, napędzane spogłosowanymi dźwiękami z archaicznych gier komputerowych. A propos: "Stand Up Tall" pożycza sound i motywik wykorzystane przez Becka w "Novacane", ale mechaniczna repetycja syntetycznych bitów nuży. Do końca numery eksploatują przeważnie identyczną metodę i pogrążają w mdłości i szarości.

Charyzma i wrodzony dar wrażliwości Oszołomionego Łobuziaka sporadycznie wybijają kilka kawałków: przestrzenny, miękki (kobiecy wokal) "Get By" kradnie nastrój z legendarnego, wspomnianego "Do It"; gęstszy, zdobiony zmutowanymi dęciakami "Girls", zazębiony precyzyjnie (Talking Headsowa polirytmia w aranżach) "Hype Talk" oraz puzzle'owato melodyjny "Imagine", powszechnie uznawany za highlight, odsyłają do Dizzeego focused, polifonicznego; wreszcie closer "Fickle" próbuje sił w kategorii megaprędkiego tempa. (Aha, te musicalowo-jarmarczne przyśpiewki w rodzaju "Dream" obchodzą mnie tyle, co bzdury Skinnera, a więc nic.) To trudna płyta, ale do sukcesu brakuje jej przypieczętowania i spojenia. Zachwyt pod koniec 2003 wynikał z paradoksu: jak coś tak kontr-lirycznego mogło tak pięknie kreować i konstruować. Ale to zdarzyło się raz. Ze mną Dizzeego już nie ma.

Borys Dejnarowicz    
28 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie