RECENZJE

Dizzee Rascal
Maths + English

2007, XL 5.9

Piać z zachwytu raczej nikt nie będzie, ale lepiej prezentuje się Dizzee Rascal na trzecim albumie niż na felernym Showtime. O próbach doścignięcia Boy In Da Corner ostatni optymiści mogą zapomnieć. To się nie zdarzy tym bardziej, że sam Dizzee najwyraźniej takiej ambicji nie ma i śmiało rusza tam, gdzie go jeszcze nie było.

"Gdzie cię jeszcze nie było, Dylanie?". "Nie było mnie jeszcze w krainie płynącej mlekiem i colą, ruszam na podbój Ameryki". Czy istnieje etos grime'owca? Taki co zabrania używać więcej niż trzech dźwieków na jeden utwór? Bo jeśli tak, to Dizzee Rascal oficjalnie jest przez sektę poszukiwany za dezercję. Porzucił ideał "music simple but complex" i rozpływa się w rozpasanych aranżach, bogactwie efektów (ekhm... to znaczy jak na muzyka, który hiciora zbudował na clap-handach i samplowanym "uuuuu"). Taką przemianę zwiastował pierwszy singel, gdzie oprócz konkretu trafia się mnóstwo sampli ot tak, trochę bez sensu. W dziedzinie wypasu (oraz zimnego łokcia) rządzi jednak "Flex", w którym ciężko odnaleźć się w ilości wypływających elementów.

Rzucają się na uszy przaśność i dziecinada, którymi album momentami ocieka. "My hat is low, my trousers too / And people say that I'm too rude / But I don't care cause I'm the shit / So you can all just suck my dick". Się Kinowski zachwycał przy debiucie, że tego typu poetyki nie zaznał, ale Rascal najwyraźniej postanowił poszerzyć target o dzieciaki w wieku 12-15 lat. Konkludując – mniej obserwacji życia codziennego, więcej deklaracji w typie "I like money, money, money, girls, girls, cash, cash / I let the champagne splash". Mniej potyczek z życiem, więcej paszkwili na quasi-gangsterów poprzebieranych w łańcuchy. Uwielbienie dla okresu wakacji. Lily Allen.

To dobra jest ta płyta, czy nie? Najlepiej przyrównać sobie pierwsze trzy tracki debiutu i Maths+English, gdyż Rascal układa je w podobny sposób. "World Outside" jedzie na niezmiernie przestrzennej, łagodnej elektronice. "Pussyole" to rytmiczny wkurw, a wspomniane "Sirens" chce utwierdzić naiwnego słuchacza w przekonaniu, że jest genialnie, tak jak to "I Luv U" czyniło na debiucie. Samodzielnie te tracki wymiatają, jednak w porównaniu do wiadomej płyty ładunek szeroko rozumianego for-realu jest co najwyżej w normie. Można interpretować taką sytuację jako uwiąd starczy, albo pogodzić się z faktem, że opus magnum może być tylko jedno.

Filip Kekusz    
11 lipca 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie