RECENZJE

Dismemberment Plan
A People's History Of The Dismemberment Plan

2003, DeSoto 5.2

Gombrowicz napisał w Pornografii: "urzeczywistnianie zawsze jest mętne, nie dość wyraziste oraz pozbawione wielkości i czystości zamierzenia" (nie skomentuję absolutnej dokładności tych słów). Dociekliwy pesymista spyta: to co powstanie, gdy trefny jest już sam zamiar? Popatrzmy.

Idea uwieńczenia dyskografii Dismemberment Plan składanką ichnich utworów zremiksowanych przez znajomych i fanów wydała się niezwykle kijowa. Bo z remiksami (zwłaszcza kawałków "rockowych") to jest taki problem, że najsilniejszymi ich fragmentami są zazwyczaj te nietknięte, to znaczy wklejone na chybcika z oryginału bez żadnych pomysłowych "udoskonaleń". Dobre przeróbki piosenek gitarowych znałem do niedawna aż trzy (z czego jedną spreparował Fatboy Slim; jego wersję "Brimful Of Asha" rozrysuję latem w okienku Playlist). Trudno było przypuszczać, by zbieranina zwolenników nawet takiej kapeli jak Plan mogła uratować dla mnie słowo "remiks".

A People's History Of The Dismemberment Plan otwierają gorączkowe pół-sylaby Travisa Morrisona na tle zegaropodobnych, nerwowych stukań. Gdy zdziwieni podnosimy głowy, staje przed nami wnet jednodźwiękowy, wyjałowiony landszaft pustyni, zapewne którejś z tych zimnych. Neurotyczna gmatwanina chrzęstów i szarpnięć doprowadza po trzech minutach do swego końca, nie pozostawiając wyraźnej wskazówki, który kawałek Planu był jej źródłem. Intrygujące.

"What Do You Want Me To Say", pyta Travis zaczepnie we właściwym openerze krążka ("Face Of The Earth" – taki tytuł odczytałem ze spisu – traktować należy raczej jako intro). I nim zdążę przetłumaczyć na angielski zdanie, że "ja to bym chciał usłyszeć wiadomość o powstaniu nowego longplaya zespołu", obrastam atmosferą Księgi Tysiąca I Jednej Nocy. Wprowadza w nią zaśpiewka, która ma potencjał długo zmiatać z pierwszych miejsc arabskich list przebojów wszelkich przeciwników. Powiecie, że profanacja tematu, ale będę autora bronił. Nie dość, że miał on jakąkolwiek wizję, to w dodatku kolejne sekundy prowadzą do konkluzji, iż – choć w istocie zabawna – ma ona ręce i nogi.

Nie dostanę raczej Nobla za stwierdzenie, że pięta Achillesowa większości remiksów to właśnie brak ogólnej koncepcji. A jej definicji powszechnie stosowana zasada "tu przytnij i przesuń, tam zdaj się na przypadek" boleśnie uwłacza. Odmienne zdanie na ten temat miał niejaki Cex, który wyrzeźbił nam uprzejmie swoje wariacje na temat "Academy Award". T-t-t-t-to j-jjjj j! j! j! jes jes jes jes jjjjjjjjest po-p ros-tu tu-rost -rost -rost -rost -ostu -ostu -ostu -stu -stu -stu -tu -tu u! słabe. Powiem więcej: to ciut Aphex Twinowe wymiociny po fenomenalnym kawałku z Is Terrified.

Jeszcze gorzej ma się sprawa z glajdurzastą gemelą zrobioną z "Time Bomb". Kontynuując wątek a la "Jackass", dzieło to po pierwszym womitowaniu zjedzono ponownie, by móc dokonać parokrotnej powtórki. Stręczyciel nie bardzo wiedział, czy podejść do ofiary sentymentalnie czy też rozrywkowo, obrał zatem wypadkową obu typów rozwiązań, co w istocie doprowadziło do nadmiaru jednego i drugiego. Przy skojarzeniu linijek piekielnie poważnej przecież filozofii z odgłosami przelewania wody i pisku ptaków (między innymi) oraz dzięki niezaznajomieniu z pojęciem "dobry motyw" (ej, jak to możliwe, przecież to fan Dismemberment Plan!) światło dzienne ujrzało... a może już nie będę powtarzał.

Niekiedy sukcesik na krętej drodze remiksowego rzemiosła zapewnia zdolność udowadniania, że przeciwne dobremu niekonieczne jest złe. I tak na Change akustyczny, wodzący lekko "Automatic", na A People's History opiera się na jednostajnym wydechu elektronicznej erupcji, przez dalekich kuzynów spokrewnionej z pamiętnym "Elektrobank". Budzi ciekawość, co wcale nie jest słownym unikiem. Podobnie "A Life Of Possibilities": jego świeży chill-out (chciałoby się wręcz powiedzieć chill-oucik) mile kontrastuje z paranoidalną – w tak pozytywnym znaczeniu tego słowa, o jakim się nikomu nie śniło – twórczością Planu.

Nie tylko za klimat chwalić trzeba dwie najsilniejsze propozycje z zestawu. Dziarskie "Pay For Piano" (jest to i zarazem ślad "Pump It Up" Elvisa Costello), choć obfituje w gówniane z pozoru zastopowania wokalu czy też trąbki (pojawia się tu nawet niemal gospelowe zakrzyknięcie od Moby'ego), dzięki trafionej co do pojedynczego koloru ogromnej wielobarwności i słyszalnym od razu wyczuciu autora (jest nim niejaki Grandmaster Incongruous) pozostanie na replayu jeszcze kilka razy. Koleś użył tych samych tricków co wszyscy inni, a dorównuje jego stworzeniu jedynie funkujące "The Other Side", które rozpatrywać w zasadzie można jak cover. Więcej tu bowiem niż przesuwania wskaźnikami słychać żywej, upliftingowej gry (mowa o basie i kilku nowo-powstałych gitarach). Widzę nawet jakiegoś Jankesa, kręci kolanami, a gest pozdrowienia popiera gromkim "Cheer up man!". Umm, a może to tylko ja.

Wydedukować można z tezy Gombrowicza, że wychodząc ze złego pomysłu to już w ogóle dochodzi się do kichy. Decyzja Dismemberment Plan nie okazała się jednak wcale nietrafiona (bo czy złe są jej efekty?)! Zatem, tak na marginesie, wspomnę wam: nieomylność to cecha bogów.

Jędrzej Michalak    
4 lutego 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie