RECENZJE

Disclosure
Settle

2013, PMR 7.1

Nie jest łatwym zadaniem pisanie o debiucie Disclosure, kiedy wszyscy zdążyli już wyrazić jednogłośną opinię o płycie, włączając w to przedstawicieli ''Gazety Prawnej''. O braciach Lawrence powiedziano już w zasadzie wszystko. Szum wokół Settle przekroczył średnią skali odbioru, ustępując chyba tylko Random Access Memories i zaczyna przechylać się w stronę zarezerwowaną przez analizy społeczne i słowotwórstwo. Oczywiście, po dwóch miesiącach od wydania o albumie przypominają tylko informacje o trasie koncertowej – trudno przecież byłoby utrzymywać hajp na tak długim dystansie bez oznak zmęczenia. Pomijając mechanizmy promocyjne, wnioski, jak internet długi i szeroki, są takie, że popularność Disclosure zawdzięczają chwytliwości i uproszczeniu wpływów uk garage, który w ostatnim czasie znacznie zyskał na popularności wśród przekroju słuchaczy, oraz zaangażowaniu do współpracy przy albumie równie znanych gości z brytyjskiej sceny.

Kiedy w 2009 do szerokiej publiczności przebijał się dubstep, intrygowało to, że jego nastająca wszechobecność i towarzysząca zjawisku moda przebiegały wielotorowo. Najciekawsze rzeczy działy się na uboczu, w podziemiu, z którego zaczął wyodrębniać się nowy nurt. Tymczasem obok obserwowaliśmy zachłyśnięcie się gatunkiem przez mainstream. Mam tu na myśli wątpliwej wartości dropowe mostki, wyskakujące bez względu na charakter otoczenia, ale również dyskretne importowanie struktur rytmicznych do produkcji czysto popowych. Najbardziej dziwiło mnie ogromne zajawienie się agresywnością i “nieregularnością” muzyki, które w zasadzie nie było bezpośrednią kontynuacją trendów, z jakimi ludzie mogli się równie mocno utożsamiać, patrząc nawet dobrych kilka lat do tyłu. Być może oswajali te dźwięki Benga i The Bug, ale nie daję gwarancji na ich zasięg oddziaływania. Idąc tropem klubowym, przypominają mi się natomiast akty w rodzaju Deadmau5 i Justice, których maksymalizm w wersji na żywo w pewnym stopniu mógł ukierunkować imprezowo zorientowaną część publiczności koncertowej, dzisiaj coraz częściej wybierającą Audioriver, względnie Coke Live i Open’era. Muzyka Justice, której popularność trwa swoją drogą w najlepsze, tak jak najbardziej “dapstepowe” produkcje wykorzystuje monumentalne brzmienie czy opóźnienie wejścia basu, wypełnione budowaniem nawarstwień poprzetykanych dysonansem. Chociaż formuła jest wylana z betonu, może wydawać się atrakcyjna, zresztą Knower zdążyli trochę zamieszać w tym temacie. Jakkolwiek, można się spierać, czy “najpłytszy zabieg w historii muzyki rozrywkowej” ma aż tak duże znaczenie i raczej na pewno stosowany był wcześniej przez stadionowe cztery na cztery. Szukając zatem punktów wspólnych z obecnym wzlotem Disclosure, trzeba by uznać Justice za “rokoko” french house’u i pamiętać także o jego potencjale melodyjnym, który obecny jest również na Settle. W tym względzie album fenomenalnie wykorzystuje, oprócz prostych, powtarzalnych motywów, powabne wokale r’n’b.

Niemniej, w 2013 reguły gry nie zmieniły się na tyle, żeby można było mówić o fenomenie o zasięgu milionowym. Wszystko, rzecz jasna, z zachowaniem odpowiednich proporcji. Jednak w kontekście maksymalizacji i uproszczenia, wzrastające od początku dekady zainteresowanie połamanymi bitami i sceną basową znajduje wyraźne odbicie w działalności braci Lawrence. Słychać głosy zarzucające duetowi trywializację korzeni uk garage, jednak mało kto zaprzeczy, że słucha się tego bez problemów, niezależnie od tego z jakimi oczekiwaniami podchodzi się do albumu. Nie obrażą się fani Joy Orbisona, Eats Everything i wcześniejszych kawałków duetu, nie mają nic przeciw fani Jessie Ware i Jamiego Woona, a odbiorcy szeroko pojętego house’u przyjmują gagatków jak swoich. Kręcić nosem zdają się przeważnie weterani, co nie zahamuje wzrostu popularności tej muzyki.

Bo Settle to solidny, przemyślany i bardzo singlowy album, miejscami wręcz fenomenalny. Nie ma tu kawałków, które nie zasługiwałyby na uwagę, nie wspominając o ripitowaniu faworytów. “Latch” zdążyło przecież od ubiegłego roku pohulać na listach brytyjskich, to samo dotyczy “F For You” – a na ich miejsce można bez problemu znaleźć inne kawałki. Skupmy się jednak na tym, co w albumie przekonuje najbardziej. Rządzą featuringi. Aluna Francis potwierdziła rewelacyjną dyspozycję w okolicach garażowych jeszcze przed jej właściwym wydaniem na Body Music, dopełniając przebojowością sam w sobie będący ciągnącym się hookiem “White Noise”, zaś Ed Macfarlane trafił w sedno na nieco bardziej leniwmy i organicznym “Defeated No More”, korzystając z pogłosów i ekspresji niczym wyciągniętych z “Hurting”. Doskonale radzi sobie z bitem Woon, wchodzący w elegancki sposób w wyższe rejestry w refrenie 2-stepowego “January”. Dobrze słyszeć twórcę Mirrorwriting w takim repertuarze. Z własnego, twee-popowego, poletka wyciągnięta została też Eliza Doolittle, której zmiana otoczenia nie przysporzyła problemów – o remiks “You & Me” postarał się sam Bundick. Same świetne rzeczy, a mamy jeszcze udział Keable: znów porywający refren i stale trzymający wysoki poziom hiperaktywności podkład, trochę kradnącego show Sama Smitha w lekko “topornym” bitem, ale za to nadrabiającym głębią synthu “Latch”. Stawkę zamykają Hannah Reid z London Grammar i Jessie Ware, bez której żaden porządny projekt na wyspach nie może się objeść. Closer to inna bajka niż reszta albumu. Łagodnie synthpopowy, może zostać łatwo przeoczony. Natomiast tam, gdzie braciom zabrakło lub nie wystarczyło wsparcie wokalistów, wplecione zostały sample. Słychać Kelis w “Second Chance”, Jennę G w “Latch”. Najmocniej pozamiatał jednak numer otwierający, którego szalejący podkład wciela w życie nietuzinkowy plan zaszczepienia melodyjności samplowanej kwestii Erica Thomasa.

Settle nie miałoby jednak właściwego sobie, popowego charakteru, gdyby nie przejrzysta i wydatna produkcja, czy wciągnięcie do zabawy dubowego basu. W końcu miał to być album parkietowy. Siłą rzeczy pozostaje jednym z najważniejszych wydarzeń roku, choćby ze względu na dobrą koniunkturę dla tanecznej elektroniki. Dlatego zdziwiłem się na widok artykułu przewrotnie zapowiadającego w tytule End Of Disclosure. Oczekując lektury pamfletu solidnie rozprawiającego się z muzyką duetu, trafiłem jednak na recenzję płyty Hypocrisy. Tak więc na żaden koniec się nie zanosi. Na pewno nie w tym sezonie.

Krzysztof Pytel    
11 sierpnia 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie