RECENZJE

Disclosure
Caracal

2015, Island 6.7

Intensywny debiut Settle, a konkretniej cholernie chwytliwy i gustownie wysmażony sleeper hit “Latch”, przeniósł Disclosure na wyższy poziom rozpoznawalności; nawet moi rzadko słuchający muzyki znajomi − przygodni klubowicze − zalajkowali już profil duetu na facebooku. Wątpliwe również, że istnieją niedobitki niekojarzące sfeminizowanego głosu Sama Smitha, który trzy lata temu podłożył swój wokal pod “Latch”, a dzisiaj okupuje radio i jest już słusznego rozmiaru rybą w komercyjnym popie (słusznie bądź nie).

Trochę “no-brainer” w takiej sytuacji, że, pomimo kombinowania z ghetto house'em w udostępnionym kilka miesięcy temu “Bang That”, na drugim LP Disclosure zajawiają się głównie popem, r&b i neo-soulem spod znaku D’Angelo (ale starają się jednak trzymać struktur popowych). Debiut londyńczyków, a zwłaszcza EP-ki dla Greco-Roman zadziwiają kalejdoskopem efektów, niecodziennymi akcentowaniami bębnów czy też inaczej − kreatywnym łączeniem łamańców Todda Edwardsa z synkopowanymi liniami basu a la MJ Cole, gęsto wplatając w to reverb. Caracal właściwie wyzbywa się nowatorskich aspiracji, jest mniej złożony, nie ma już takiej orgii perkusjonaliów, jest krótszy, mniej nadpobudliwy (inne metrum), jest bardziej o piosenkach, a mniej o pchnięciu uk garage na nowe tory. Możemy tu dyskutować o “sprzedawaniu się”, motywacjach, jakimi powinni kierować się producenci etc., ale dopóki Guy i Howard będą w stanie wydobyć ze swoich utworów esencjonalny, elegancki groove chłopaków z południowego Londynu, nawet w sytuacji większej oszczędności stylistycznej, dopóty ja nie dołączam się do grupy hejterów. Tu wciąż są dobre piosenki.

W kilku recenzjach spotkałam się z przeświadczeniem, że duże nazwiska wyciągają Caracal z opresji. Moje obserwacje są właściwie dokładnie odwrotne. Jeżeli chodzi o wybory wokalistów, to trochę kłopotliwy jest tu wkład The Weeknda i Sama Smitha, bo Lorde zaskakująco obroniła się w “Magnets”, tworząc piosenkę Izy Lach, którą chciałabym od niej ostatnio usłyszeć. Z The Weekndem i Smithem jest taki problem, że uwielbiają oni dominować nad muzyką, a melodie ich wokalu nie zawsze są koherentne z tym, co słyszymy w backgroundzie, do tego, pomimo emocjonalnych, wysokich głosów rzadko udaje mi się uwierzyć, że faktycznie słyszą, o czym śpiewają. The Weeknd ogólnie jest dość generyczny (może poza “Often”), stąd napisane w połowie przez niego “Nocturnal”, oscylujące wokół prostego depeszowego synthu, bardziej nuży niż zachwyca. Sam Smith dostaje lepszą piosenkę, zbliżoną do “Latch”, i właściwie odnajduje się w jej świątecznym nastroju, ale jestem przekonana, że nawet jeden z braci, Howard Lawrence, który zdecydował się zaśpiewać do “Jaded” i “Echo”, potrafiłby lepiej to wykończyć, bo chociaż nie operuje tak imponującą skalą, to potrafi błyskotliwie poprowadzić swój wokal. Właśnie to wydaje się najfajniejszym odkryciem Caracal − z wcale nie najgorszym wokalem Howarda bracia tak naprawdę poradziliby sobie bez gości i też byliby jacyś.

Powróćmy do “Jaded” − jest to najbardziej zaangażowany utwór na albumie, opowiadający o znużeniu powtarzalnością sceny EDM. Muzycznie jest również jednym z moich ulubionych, ładnie się rozwija, ma wyrazisty, melodyczny refren, któremu towarzyszą trademarkowy, future-garażowy sos i cowbell. Tak tu, jak i w “Echoes” Howard naprawdę przekonuje mnie jako wokalista. Całość prezentuje się jak bardzo przyzwoite nowe wcielenie Ushera.

Już na Settle Disclosure udowodnili natomiast, że są bezbłędni, jeśli chodzi o angaż mało znanych artystów. Tutaj niesamowitą pracę wykonują zarówno wokalistka Lion Babe, Jillian Hervey, jak i krajanka Lawrence’ów, Nao. “Hourglass” to chyba najlepszy house, jaki słyszałam w tym roku: Jillian ma niesamowitą charyzmę zdecydowanie ewokującą Chakę Khan, a piosenka jest bardzo zmysłowa z więcej niż dobrym outro refrenu. Świeży, zaczepny r&b spod znaku Jessy Lanzy to z kolei “Superego” i współautorska robota Nao, której to posunięcia na pewno warto obserwować. Wszystkim tęskniącym za klubowym obliczem Disclosure bracia podali na tacy “Holding On” w którym wibruje baryton wokalisty jazzowego Gregory'ego Portera i tutaj nie może być marudzenia, bo jest to po prostu bezbłędny energetyczny banger.

Disclosure jest na tym etapie kariery rozsądną alternatywą dla EDM-u, doskonałym buforem pomiędzy mainstreamem a kompleksową muzyką taneczną. Wypada jedynie życzyć bardziej udanej selekcji gwiazdorskich featuringów i może niekoniecznie oglądania się na Sama Smitha.

Iwona Czekirda    
5 października 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy