RECENZJE

Dirty Projectors
Bitte Orca

2009, Domino 5.8

BD: Longstreth ma ambitną wizję syntezy, to prawda, ale chociaż bardzo doceniam ten krążek, to w przeszłości zdarzały się już nagrania pod tą nazwą, które wolałem. Ponadto: nie znajduję tu osławionych śladów komercyjnego popu. "Stillness Is the Move" leży bliżej TV On The Radio, niż r&b. To wciąż nu-indie, sorry. Kelsa, Cassie czy McPhee nie zastąpi.

ŁŁ: Eksperymental to lubię. Wszystko jest na swoim miejscu: animalowy freak folk bitte circa Sung Tongs w "Temecula Sunrise", psychpop Wyspy Niedźwiedzi w "Stillness Is The Move", "These Days" Nico w "Two Doves", microsynthowe pukanie i wygrzew w epickim i całkiem zajebistym "Useful Chamber", "rockowa ballada" w closerze z tymi skrzeczącymi gęśmi z okładki. Śmieszne tylko że jakiś kolo (Ed Droste) mi mówi o tym, że nie da się tego zaklasyfikować, jak jednym akapitem rozgryzłbym więcej ocierających się o plagiat wpływów. Na dodatek wszystko to jest podane w tak wkurwiającej manierze, że w momencie, kiedy ktoś obwieszcza, że wraz ze wspomnianym wyżej "kolem" i jego funflami z Grizzly Bear Dirty Projectors są tu w jakiejś czołówce roku, odechciewa mi się żyć. Ustalmy, zawiedziony nie jestem, będę chciał awangardy to wezmę Humcrush, ale jak tak mają wyglądać płyty roku, to ja to pierdolę, idę na melanż do Kamieni. Jest pewnie coś przygnębiającego w mojej niemożności emocjonalnego odniesienia się do wszechstronnej i solidnej struktury tego albumu i smutno się robi, bo muszę okrężną drogą wyjaśnić dlaczego tak bardzo niechętnie go słucham, podczas gdy wystarczyłoby napisać, że to przez Screenagers.

JB: O tym, że Longstreth lubi eksperymenty przekonałem się, słuchając poprzedniej płyty Dirty Projectors. Na Rise Above Dave zarejestrował wariację na temat Damaged, mającą się tak do kultowego albumu Black Flag, jak Lalka Rubina do powieści Prusa (zarówno pod względem podobieństwa jak i poziomu artystycznego). Słowem spektakularny WTF, który pozbawiony kontekstu po cichu prześlizgnąłby się w zapomnienie. Mimo to o Rise Above mówiło się niewiele, podczas gdy o Bitte Orca gadają wszyscy. Ot, kolejna zagadka. Recepcja najnowszego albumu Dirty Projectors jawi się bowiem kataklizmem: szum informacyjny, efekt kuli śnieżnej i wreszcie zalew entuzjastycznych recenzji. Zwykło się mówić, że: "drowning man will clutch at a straw", ale w tym wypadku Marta, niestety, nie pomaga.

Bitte Orca, jak wiele płyt wcześniej, stara się balansować na granicy melodii i eksperymentu, popu i awangardy. Za wzór mogą tu posłużyć nie tylko koledzy z Grizzly Bear czy Yeasayer, lecz także, idąc dalej, orientalne eskapady Davida Byrne'a. Pomysł fajny, idee szczytne, ale wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Buckley'owskie "The Bridge" nie ma tego ładunku emocjonalnego i po prostu nudzi, ciekawie rozwijające się (trochę Thom Yorke, trochę Grizzly Bear) "Useful Chamber" wybucha hardrockowym riffem, zatracając odrobinę kontakt z rzeczywistością. Od przytłaczającego eklektyzmu możemy wreszcie odpocząć, słuchając "Stillness Is The Move". Dave gra w kółko jeden gitarowy motyw a ciężar spada na linie wokalne, które wchodzą w zajmujące zależności, kontrapunkty i inne takie, sprawiając, że do tego fragmentu akurat chce się wracać. Podsumowując, nowy album Dirty Projectors nie jest ani odkryciem sezonu, ani Orcą na ugorze i za to właśnie solidny, porcysowy razowiec.

ŁK: Niewiele rzeczy może być w życiu lepszych niż zespół grający pop o pokomplikowanych strukturach, który czerpie z rnb. Niestety The Dismemberment Plan już nie istnieją. Ciągle jednak mamy kogoś kto świetnie łączy melodie z trudnymi do ogarnięcia strukturami i świetnie się przy tym bawi. Ale Deerhoof nie mieli płyty w tym roku. Pozostaje nam zatem Dave Longstreth, jego sylvianowska afektacja i liczne przyjaciółki. A każdy kolejny odsłuch Bitte Orca uświadamia, że to za mało. Sukces wcześniej wymienionych wykonawców jak i innych, którzy wspaniale rozsadzali formułę piosenki (Shudder To Think!) polegał na tym, że każdy motyw ich układanek zawsze jest zajebiście napisany. Dirty Projectors przeważnie układają swoje konstrukcje ze średnio ciekawych klocków. Singiel "Stillness Is The Move" jest tu chyba najlepszy – to udany eksperyment na temat "białe dzieciaki odgrywają Timbalanda na żywych instrumentach". Problem tylko, że prawdziwe r&b z list przebojów jest przeważnie lepsze. Pomijając ten jeden moment, trudno zgodzić się z opinią o popowości albumu – nic tu nie jest natychmiastowo zapamiętywalne, to jest art-rockowa płyta, która domaga się od słuchacza ślęczenia nad nią. Lateralus dla fanów Funeral, mówiąc prosto z mostu. Dirty Projectors chcą, żebyście żyli w świecie ich płyty i jest to całkiem miłe miejsce, mimo wszystkich ambicji i pretensjonalności Bitte Orca wydziela jakieś ciepło. Jest tam tylko dosyć nudno.

Jan Błaszczak     Łukasz Konatowicz     Łukasz Łachecki     Borys Dejnarowicz    
3 grudnia 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie