RECENZJE

Dios
Dios

2004, StarTime 5.4

Narzekający na brak w tym roku ciekawszych pozycji z rejonów melancholijnego popu być może sięgnąć powinni w dobrym nastroju po debiutancki długogrający krążek kalifornijskiego Dios. Poziom tego wydawnictwa nie jest z pewnością olśniewający, ale przemówi do zwolenników Jasona Lytle'a, zauroczonych bardziej klimatem wyczarowanym przez Grandaddy, niż ich songwritingiem. Co czyni Dios bandem bardziej wyjątkowym i ambitniejszym niż your everyday Earlimart to poszukiwanie poza ciasnym obrębem dwóch, góra trzech stylistyk. Choć zabawne wydaje się, że pewna trudność swobodnej klasyfikacji zamiast intrygować, zdrowo irytuje, bo zaprawdę trudno doszukać się jakiegoś zamysłu w tym bałaganie. Na domiar złego, Dios nie dochrapał się na razie artystycznej osobowości, oferując zaledwie zgrabnie skrojone niezłe i mniej niezłe bezużyteczne przyjemniackie pioseneczki.

To pozornie udane kawałki. "Starting Five" raduje sympatycznym, słonecznym niezal-popowym szczebiotaniem i całkiem zdrowym entuzjazmem refrenowego "uhuhu". Track ten potrafi ująć, gdy słuchany bez kontekstu. Niestety, na krążku pozostaje nienaturalnie osamotiony: sympatyczny, bez konsekwencji. "The Uncertainty" to jak trzeci kapelusz eterycznego slo, zakrapiany komercyjnymi aranżami (stylizowanymi chyba na wojażach gwiezdnych cosmic americany), nieznośnie spłaszczającymi przekaz muzyczny. "50 Cents" to z kolei drobna próbka bedroom-folku, nie grzesząca szczerością, mało przekonująca i mało wyrazista, aż do zabawnej wilsonowej wstawki i hipisowskiego outro. Samobójcze kwilenie Obersta czy dylanowska domowa surowizna Baptist Generals robią znacznie większe wrażenie, niż coś co brzmi jak zwierzenia anemika prosto z łóżka szpitalnego przed transfuzją. Spóźniona o czterdzieści lat, trywialna aranżacja "Birds" raz jeszcze dotkliwie spłyca treść, obracając intymne country w łzawą balladę niczym z repertuaru jakiejś post-Beach Boysowej efemerydy sprzed kilku dekad. Deszczowy closer "All My Life" zajmuje w równym stopniu, co widok ślimaka pochłaniającego posiłek czy kameralny wieczorny recital fortepianowy pensjonariusza domu spokojnej starości w Pułtusku.

Mimo wszystko kilka utworów zasługuje na większy szacunek. "You'll Get Yours" wychodzi od wczesnospillowego, ogniskowego riffu, by przeobrazić się w dość wysmakowany skwarny popik. "Meeting People" to szczypta letniego psyche'u, wywołująca odległe skojarzenia z Summer Hymns, ale nieco bardziej konserwatywna ze swoimi rozleniwionymi solóweczkami gitarowymi i jedynie skromniusieńkim fragmentem nowocześniejszych zabaw z dźwiękiem. To przede wszystkim urocza, niemal gallagherowska melodia (letniopsychodeliczna wersja "Don't Look Back In Anger") i jednostajny hipnotyczny beat. Natomiast jeśli chodzi o kreatywność tekstur, "All Is Said And Done" stanowi chyba jedyny godny materiał do analizy: przycięcie podniosłej orkiestralno-popowej pieśni z lat sześdziesiątych do delikatnych około-cymbałkowych historii i miękko zatopionej w tle pętelki pianinka elektrycznego wypada intrygująco. No może warto napomknąć jeszcze o "You Make Me Feel", dość nudnawej wariacji na temat Sophtware Slump, wprowadzającej jednakże elementy kolażu.

Ten album to wielobarwna mozaika (albo chaotyczna układanka, w zależności od interpretacji), która specjalnie nie porusza, choć zwabić się może na urok Dios wielu popowych sentymentalistów. Życzę jednym i drugim wszystkiego najlepszego.


PS: Jak głosi newsletter StarTime, "wielki głos w małym ciele", czyli popularny hejvi metalowy śpiewak Ronnie James Dio, zdecydował się oprotestować nazwę młodej kapeli, ponoć zbyt podobną do jego własnego nazwiska. To niefortunne. W wyniku interwencji konusa Dio grupa zmuszona była zmienić nazwę na Dios Malos.

Michał Zagroba    
14 sierpnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie