RECENZJE

Diogenes Club
Versailles (EP)

2010, Urban Torque 7.7

Subtle, subtle. Velvet overground. Srebrne sidła zastawione na prześwietlony słońcem październik (również ten z '85), CAŁY spędzany z ukochaną osobą. I bez zawłaszczania na ten cel recki; oddajmy hołd i miejsce zasłużonym: Matt Williams – composer, producer, Paul Giles - vocals, lyrics.

Ok, teraz już mogę dalej. Dbam o ten tekst jak Truman Capote, może nawet jak Balzak – nie dbam o to. Uwielbiam cyzelowanie jako wymiar czułości. Na Versailles EP potencjalnych efektów dopieszczania co niemiara. To dobrze, dobrze.. dobrze. Czuję się lekki, uskrzydlony, w zachwycie kręcę łebkiem i jest we mnie potrzeba niesienia dobrej nowiny, ergo trochę gołąb pocztowy. Czekajcie, było coś takiego kojącego.. Nie będę robił kryptoreklamy, zresztą co to by była za reklama, tamto otępia a tutaj wkrada się magiczny efekt soft pobudzeniowy. Jak wynika z wcześniejszego obrazka, słońca temu Diogenesowi nie przesłania Aleksander, tylko ktoś najbliższy, w związku z czym nie ma mowy o wiadomym życzeniu. Liście delikatnie drżą w poruszeniach powietrza, na granicy oderwania, ale czuje się, że jest to granica nieprzekraczalna. Obezwładniająca pewność w najsubtelniejszej materii. Wilgoć obowiązuje oczy, ale delikatnie, reszta świata mimo skąpania w chłodnym świetle i ewidentnej podeszczowości jest irracjonalnie i zarazem bezpiecznie sucha, przeniknięta eterycznym ciepłem. Zaś wyjątkowość tDC bierze się z tego, że rozwarstwiają przywoływane odczucia, odsłaniając ich zupełnie własne a przy tym nieegzotyczne wymiary. Utylitarnie podchodząc do sprawy, można dołożyć uwagę, że te nieledwie dziewicze, bo emanujące jednostkową prawdziwością odsłony uczuciowości na przestrzeni całej EP-ki zestawione są w bardzo spójnej a nienużącej koniunkcji. Wypracowana możliwość ogłoszenia artystycznej niepodległości w odniesieniu do sfery najwyższych uniesień daje duetowi członkostwo klubu dżentelmenów muzycznej psychologii.

Pod mocną siódemkę ładunek emo/życiowości zachodzi tu oczywiście dzięki uszytym na miarę kreacjom muzycznym. Szlachetna, monochromatyczna sterylność brzmienia kojarząca się z layoutem Porcys, klawisze i synthy z krain french touch i nu-disco jako lennicy new-sophisti, czasem tylko wypuszczający się na niezawisłość i robiący (taa) grandę, jak w długim pocałunku na dobranoc od "Too Soon". Jedźmy dalej: pad(d)y, idealnie wyważony, idealnie ciepły, idealnie lekko afektowany wokal, futurystyczne smużki, fajne echa "Proof" Baxtera w "Versailles", IDMowe nakłucia i wprowadzanie w krwioobieg promili juniorboys'izmu. W ogóle cała EP-ka wywołuje podobny rodzaj skupienia i świadomości powagi sytuacji obcowania-z, co twórczość Greenspana i Darka/Didemusa, zwłaszcza na Last Exit. Ale tam było o alienacji i niemożności, "i truj, i pieść" w wychudzonej wersji, a tu smooth przeważa nad smut, się lepiej story układa.

Czekamy na wypełnienie profetycznej wizji Wojtka w związku z tym wydawnictwem jako odpowiednikiem Interpol EP względem debiutanckiego LP, a po nim co oczywista na zero dalszych skojarzeń z rzeczonymi post-punkowcami. I jak tak słucham i słucham tego, co dotąd Matt Williams z Paulem Gilesem zdążyli umieścić w rzeczywistości, to jak puch, i wcale nie chodzi o to że akurat marny, wydają mi się nawet hate-teksty o tDC, które sami Dajodżenizi zacytowali na swoim Facebookowym profilu, i nie potrzebuję ironii, żeby tak lekko je odbierać, i na swoją ocenę patrzę z kolei jak na bańkę mydlaną bez nieżyczliwych skojarzeń, która pewnie będzie się jeszcze unosić, aż pęknie, bo chyba tak musi być kiedy jakiś rodzaj ujednolicającego wartościowania zostaje skonfrontowany ze zjawiskiem szlachetnie wymykającym się racjonalnemu oglądowi i osądowi. Więc 7.7 czy coś wyżej w przyszłości nawet nieodległej, ale winda i tak się nie zatrzyma, będzie jechać w bok. Work of art czyli.

Andrzej Ratajczak    
8 października 2010
BIEŻĄCE
American FootballAmerican Football (LP3)
Mac DeMarco"All Of Our Yesterdays"