RECENZJE

Dinosaur Jr.
Farm

2009, Jagjaguwar 7.3

Jeszcze jedna tak zaskakująco wyśmienita płyta jak Farm, czyli drugi po-reunionowy krążek amerykańskiej formacji, która wedle legendy dała światu między innymi Nirvanę i Porcysa, a stracę wiarę w całkowitą bezzasadność odgrzewania rockowych składów z przeterminowanych składników. Nie pomoże nawet fakt, że w przypadku Dinosaur Jr. mamy do czynienia z powrotem bardzo specyficznym i traktowanym przez fanów całkiem ulgowo: raz, że w skutek waśni wewnątrz-zespołowych grupie nie dane było dokończyć tego, co zapoczątkowali u szczytu swej formy i popularności, a dwa, że J, Lou i Murph to w żadnym wypadku stetryczali seniorzy: chciałbym tak wymiatać na deskorolkach i bmxie , nie wspominając już o wiosłowaniu. Plus, ciągnięcie przez lata projektów pokroju Sebadoh czy Folk Implosion można uznać za "niezłą" wprawę przed resuscytacją macierzystej jednostki.

Tak jak dwuletni już Beyond funkcjonował niczym mission statement dla odświeżonego oblicza tria (gramy swoje, bez spinki i ciągle lubimy te, no, hooki), tak Farm podąża pięknie wytyczoną przez poprzednika drogą, szlifując brzmienie i dopieszczając pomysły; faktycznie gotowi byli prawie, a teraz chcą, byśmy wiedzieli jak bardzo zamierzają niszczyć.

Ostatnie słowo jest tu kluczowe ze względu na ogólne (samo)poczucie wywołane świadomym przyswajaniem albumu (słuchawki!): dobre motywy poutykane są nadzwyczaj gęsto, ręka w ręke, warstwa nad warstwą; nie ma przebacz. Zarówno napakowane energią, punkowo zabarwione kawałki (tak jak otwierający "Pieces"), jak i sentymentalne w swym wydźwięku jamujące siedmiominutowce ("Said The People") nie dają wytchnienia tym, którzy lubują się w wodzeniu słuchem po zawiłych liniach melodycznych (najlepiej kilku na raz). Ostatecznie jednak brak tego typu songwriterskiej przestrzeni okazuje się być jedną z największych zalet krążka, który pod względem równości nie ma sobie w tym roku równych (pun intended).

Drugą w takim razie zdaje się być podejście do samych kompozycji, opartych w głównej mierze na repetycji zwięzłych, treściwych riffów i precyzyjnym operowaniu kontrapunktami. Z wyłączeniem oblewających całą strukturę solówek Mascisa, strategia ta wykorzystana jest nawet w dłuższych jamach wieńczących poszczególne utwory, co na myśl wywołuje lekkie skojarzenia z – o ironio – późniejszymi pozycjami katalogu Built To Spill. Błędem byłoby jednak wytykania DJr wtórności w stosunku do kogokolwiek poza nimi samymi; ciągle brzmią jak nikt inni i nikt inny nie brzmi jak oni. Tylko, o dziwo, z każdym rokiem świeżej: nigdy im ta nazwa nie pasowała tak bardzo, jak teraz.

Patryk Mrozek    
3 listopada 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie