RECENZJE

Diggy
Unexpected Arrival

2012, Atlantic 6.4

To idzie młodzież. 20-latkowie w muzycznym świecie to już dzisiaj wręcz weterani. Płyty 17-latków prawie nie dziwią, jeśli są dobre to jeszcze może trochę tak, ale chyba nie dlatego, że to coś tak nowego (Spears miała 17 lat, gdy debiutowała), ale po prostu zaraz następuje jąkanie i wzdychanie, jak nam życie uciekło, gdy miliony wpadają im do kieszeni, a tu trzeba pisać recki za darmo.

Kasa to ważny temat dla od tygodnia 17-letniego Diggy'ego Simmonsa, syna Josepha Simmonsa, tego z takiej kapelki Run-D.M.C. Zgarnął już zainteresowanie Kanyego, nagrywał z DJem Premierem, Pharrellem i Lupe Fiasco – nic dziwnego, że czasem musi wspomnieć, że jeśli spadają na niego hejty za mocną pozycję na starcie, to tylko z zazdrości. Na szczęście nie marnuje szansy.

Obok rapowania o bogatym starym, Simmons zwraca się też czasem do podobnego targetu, co Bieber, z tym, że może obdarzonego nieco lepszym gustem. Skojarzenia z Bieberem nie są przypadkowe – za produkcję albumu odpowiada D'Mile, autor "Favorite Girl", najlepszego dotychczas utworu wielbionego przez nastolatki pierwszego wroga Ameryki. D'Mile też kieruje album w najbardziej sukcesonośnym ostatnio kierunku – Unexpected Arrival (tytuł oczywiście przekorny) to teen-popowa, lżejsza i pogodniejsza wersja kompaktu Drake'a, z podobnymi skrętami w łagodną elektronikę i nu-soul.

Póki co na nawijkę Diggy'ego można trochę narzekać – brak mu charakterystycznego rysu, a teksty nie zawsze olśniewają błyskotliwością. Tym lepiej D'Mile tuszuje jego niedostatki, a nie przeszkadzają też w tym śpiewający goście. Świetnie prezentuje się dokładnie środek płyty, nastawiony przede wszystkim na niewzburzoną przyjemność słuchania – oparte na prostym, klawiszowym loopie "Two Up" z relaksującym refrenem, hymniczny chorus "Unforgiveable Blackness", "Special Occasion", zbudowany wokół avant-popowowego, pachnącego latami 30. sampla i przypominający dokonania Foreign Exchange oraz "Glow In The Dark", który nie spada daleko od "Take Care" – do którego nawet mocniej w warstwie lirycznej nawiązuje kolejny, już nieco słabszy utwór, "4 Letter World". "Do It Like You" to już czysta słodycz i mistrzostwo w kategorii teen-pop na miejską wiosnę – mój osobisty faworyt tutaj i chyba jeden z najmocniejszych popowych singli od kilku miesięcy.

Co najważniejsze, na Unexpected Arrival nie ma naprawdę nieudanych numerów. Jasne, nieco nudzi mnie wtórne, mechaniczne "88" – nie jest to "Yonkers", ale wcale nie obrażam się na ten bas, podobnie jak na 8-bitowe synthy w "Need To Know". Beat "Tom Edison" przypomina dobre lata Westa, a zamykające album "The Reign" może zadowolić fanów sztuczek Ryana Lesliego (te kruche smyki w refrenie!). Nie jest to więc tylko porządny debiut młodego rapera, ale materiał pierwszej klasy i jedna z najbardziej dopracowanych niemal na całej długości tracklisty płyt amerykańskiego mainstreamu w ostatnim czasie – choć z drugiej strony, nader często zbyt zachowawczy. Na szczęście na produkcję nikt dolarów nie żałował i Diggy nie musiał równać w dół do popowej średniej ostatnich lat – z równie dobrymi producentami ma szansę wyrosnąć na wyróżniającego się gracza. Chyba że ziści się fragment Wikipedii, która podaje, że "He has also expressed an interest in alternative music, including such bands as Maroon 5, Passion Pit and Arctic Monkeys. Simmons said, "It’s a genre I would want to try in the future." Chyba nie tego bym chciał.

Kamil Babacz    
31 marca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie