RECENZJE
Die Flöte

Die Flöte
Pizza

2014, Stajnia Sobieski 6.8

Bezpretensjonalność to słowo klucz, jeśli chodzi o charakter działalności młodej sceny krakowskiej. Grupa dwudziestoparolatków skupiona wokół Mateusza Tondery – centralnej postaci kolektywu oraz spiritus movens Armando Suzette, innego krakowskiego projektu – zdążyła namieszać w polskim niezal-światku na tyle, by już teraz stanowić wyrazisty punkt na muzycznej indie-mapie, a uczyniła to jak gdyby od niechcenia. Odnoszę wrażenie, że nagrywki wychodzące ze Stajni Sobieski to bardziej efekt owocnej zabawy ich autorów aniżeli rezultat wytężonej rzemieślniczej pracy, więc tym bardziej zaskakuje mnie ich nad wyraz satysfakcjonujący poziom.

Pomysł przeszczepienia na polski grunt college-popowych brzmień rodem ze Stockton jest o tyleż fajny, co nudny. Ze względu na stylistyczne wyeksploatowanie trudno już o jakąś intrygującą rzecz w ramach tego micro-genre, nawet jeżeli pole odniesienia zawężamy do krajowego podwórka. Zarzut ten dotyczy także debiutu krakowian. Podczas słuchania Pizzy towarzyszyło mi nieustanne deja vu, wrażenie obcowania z albumem, który znam bardzo dobrze, a z którym nie miałem styczności od lat. Daruję sobie w tym miejscu litanie nazw, które przychodziły mi na myśl podczas odbioru tego wydawnictwa, głównie z uwagi na to, że są one raczej sztandarowe dla indie-rockowego kanonu, więc podejrzewam, że padały w kontekście tej nagrywki wielokrotnie. Zasadniczy minus, zresztą jedyny mający poważniejszy wydźwięk, sprowadza się do tego, że pomimo dosyć eklektycznego zestawu nagrań nie ma tu wiele oryginalności na płaszczyźnie samego brzmienia, co jednak nie stanowi dla mnie wyraźnej przeszkody, by zajawić się tym albumem w dość szerokim zakresie.

Bardzo spodobał mi się klimat, jaki wypełnia Pizzę. Letnie popołudnie w Kalifornii to jedna z najlepszych rzeczy, jakie możesz dostać od życia – przynajmniej tak mi się wydaje. Jedyną bardziej atrakcyjną ofertą jest kalifornijskie lato spędzone z podobnymi sobie ziomkami. Dzięki dźwiękom płynącym z debiutu krakowian mogę poczuć tego stanu namiastkę, co jest naprawdę zajebistą sprawą. Będę wracał do tego wydawnictwa w przyszłości ze względu na beztroski, wyluzowany klimat nagrań, które już teraz stanowią dla mnie dobre lekarstwo na jesienny marazm.

Klimat klimatem, ale stosunkowo wysoka ocena to przede wszystkim zasługa bardzo mocnych piosenek. Na Pizzy nie stwierdziłem żadnej złej. Są te bardzo dobre oraz te trochę w stosunku do nich słabsze, ale ani jedna moim zdaniem nie schodzi poniżej szóstkowego progu. Najbardziej podoba mi się żywcem wyjęty z Calendar (EP) wykwintny "Civilization Studies", w którym apogeum rozkoszy doznaję gdzieś na wysokości drugiej minuty, w momencie zawiązania się pięknej wokalnej harmonii. Niewiele ustępuje mu "In The Park" z prostym gitarowym riffem oraz równie prostą, ale cholernie chwytliwą frazą wokalu. W całości przekonuje mnie też świetne "Body Song" – piosenka bez słabego fragmentu, ze skrzętnie przemyślaną konstrukcją, charakteryzująca się błogim chorusem oraz fantastycznym przełamaniem w części środkowej. Podoba mi się tu również fajny patent wykorzystania klawiszy imitujących klasyczną orkiestrację. Niewątpliwym filarem albumu jest też znany dużo wcześniej "Civil War", który ze względu na swoją nieco stereolabową specyfikę kojarzy mi się bardziej ze stylem Rycerzyków aniżeli Die Flöte, co nie zmienia faktu, że obok "Civilization Studies" to najbardziej wysublimowany track w zestawie – ze starannie poprowadzoną aranżacją, miażdżącym motywem syntezatorowym oraz świetnie wplecionymi wokalami Gosi Zielińskiej.

Całościowo na pewno nie jest to najlepsza rzecz, jaką słyszałem w tym roku, co jednak nie kłóci się z tym, że to jak na razie jedna z moich ulubionych płyt AD 2014, a na pewno ta sprawiająca mi najwięcej frajdy.

Marek Lewandowski    
1 grudnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie