RECENZJE

Devendra Banhart
Rejoicing In The Hands

2004, Young God 6.1

Dziwaczny. Nie sposób nie zacząć omawiania Devendry Banharta od tego wyrazu. Do poważnego zajęcia się folkiem namówili tego młodziaka (dziś ma za sobą ledwie dwadzieścia trzy wiosny) dwa lata temu przyjaciele. Hm, poważnego? To nie jest najlepsze słowo. Devendra wprawdzie pewnego dnia rzeczywiście wbił się w garnitur i powędrował do siedziby wytwórni, by podpisać z nią zamaszystą sygnaturą kontrakt. Po powrotnym osadzeniu się w usytuowanym gdzieś na uboczu osiedlu niezwłocznie jednak nie ogolił się i przybrał szlafrok. I to w nim odnalazł natchnienie by dokończyć wymyślone rano piosenki. Nie dam głowy, że choć pół słowa z tych zdań trąci prawdą; jest to najwyżej jedna ze stu możliwych wersji ważniejszego w sumie dnia artysty. I o to naprawdę mu chodzi – by nie było wiadomo. Sam już timbre Devendry wprowadza zamieszanie: zbyt pogodny na mędrca, a zbyt zmurszały i pomarszczony na nie-mędrca. Trudno odgadnąć kiedy jego zdania są poważnym osądem, a kiedy ironią. A może są tym i tym? A może... nie?

I tak jak natury swojego głosu Banhart nie zmieni, tak i jego songwriting przeżarty jest do szpiku nietypowością. Szczęśliwie idzie ona w parze z wysokim poziomem, a nieszczęśliwie – z częstymi dążeniami artysty do komplikowania. Proste, zbudowane na wartkim motywie piosenki są w opozycji, choć zarówno wartkich motywów, jak i prostych piosenek jest tu w bród. Sklepiają się one natomiast w twory, nie w logiczne całości. Mniej więcej do wysokości siódmego tracka szeroko zakrojona odmienność stanowi zaletę Rejoicing In The Hands. Im dalej w las, tym niestety ciemniej, tym mniej jesteśmy bowiem zorientowani co i jak, tym mniej tę masę obejmujemy. Rodzi się w głowie zamęt, potęgowany przez Banharta, pochrząkującego, drżącego, uprawiającego krtanią czarną magię. Czasem potulnie słodzi ("The Body Breaks") lub łagodzi intensywne, Cohenowskie tło ("A Sight To Behold"). Z drugiej strony niekiedy śpiewa sprawiając wrażenie, że z jego głosu obficie sypie się tynk ("There Was Sun"). Zagadkową niepewność próbują osłodzić tylko wkradające się smyki czy też przemykające, rozlane w plamę cymbałki.

Pierwszy tegoroczny, a drugi w ogóle (po Oh Me Oh My z 2002) album Devendry intryguje zagmatwaną formą i, co ważniejsze, treścią więcej niż solidną. Tylko jest to nieco jak wczoraj. Oglądaliśmy na komputerze odcinek Monty Pythona. W połowie dobrego skeczu obraz się urwał. This file is no more. Tym samym kluczowe zakończenie żartu, wytłumaczenie jego abstrakcji, uciekło w przestrzeń i frunie teraz gdzieś miedzy Saturnem, a Jowiszem. A dobry był ten skecz, tylko nie za zbytnio wiadomo, o co w nim chodziło.

Jędrzej Michalak    
4 października 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja