RECENZJE

Destroyer
Your Blues

2004, Merge 7.6

W ostatnich tygodniach zauważyłem wyraźnie, że mam spory problem z Destroyerem. W sensie, nie odnajduję się w dyskografii grupy. Kiedy hen dawno poznawałem New Pornographers, nie sądziłem, że ten dysponujący miękkim, chwiejnym głosem marzycielski balladzista pośród energetycznych pop-punków stanie się w końcu dla mnie jednym z najważniejszych bieżących artystów. Tymczasem wygląda na to, iż Dan Bejar zwyczajnie nie nagrał (poza potencjalnym wyjątkiem This Night) albumu, który nie byłby zajebisty. Co gorsza, jak rzadko kiedy, sprawia mi rzeczywisty kłopot ich hierarchizacja. Bo tak, zerknijmy. Jest zbiór czarujących, urokliwych szkiców o amatorskim, ogniskowym posmaku, City Of Daughters, ukazujące pełną magię po uważniejszym wniknięciu, gdzie zatopione w plusku sączonej deszczówki i plenerowego ambience'u drobne motywiki o cechach nieoszlifowanych diamentów ("Dark Purposes", "I Want This Cyclops", "School, And The Girls Who Go There") okalały lśniące sentencje w rodzaju "I'm so... I don't know what's the word", "Something that never should happened, happened", "I've just finished the book, and some of it's true" czy "Nothing does a body good like another body".

Jest dalej ciepło-serdeczny, nieco staroświecki, dokumentujący konstrukcyjny rozwój piosenek Thief, wypełniony mocarnym materiałem od deski do deski, na czele z killerami pokroju walczyka "To The Heart Of The Sun On The Back Of The Vulture, I'll Go", skocznej perełki "The Way Of Perpetual Roads" (refren "And she wants you / And she wants you / And she wants you to go" z tym klawesynem, aaa) lub operującej nadludzko zaskakującymi seriami chwytów "Queen Of Languages". (To kolejny kawałek o Sophie! Ile języków płynnie opanowałaś bossówo, like, five?) I jest wreszcie wspaniały, potężny Streethawk: A Seduction, rezultat formalnego udoskonalenia utworów i poważnego traktowania kwestii zróżnicowania brzmieniowych płaszczyzn, najeżony kilkoma stricte rockowymi, opadającymi-szczękę winnerami: mały epik "The Bad Arts" stanowi o dławiącym geniuszu tego kolesia: chory, sfrustrowany, acz ślicznie wyzywający, ekscentryczny hymn (polemizowałbym, że słynne wejście od 3:25, okraszone pomnikową, wywołującą ciarki solówką jest najbardziej wstrząsającym momentem dekady, dotąd).

Ale jest też najnowsza propozycja Destroyera, wydana po trzyletnim oczekiwaniu od poprzednika Your Blues. I teraz tak. Ja już wcześniej dobrze wiedziałem, że Bejar dysponuje zupełnie dystynktywną, hermetyczną sylwetką autorską, ale Your Blues kompletnie wykracza poza zasięg czyichkolwiek obliczeń. To odważna, wizjonerska koncepcja estetyczna, zmaganie się z granicami własnych zdolności, śmiała eksploracja rejonów średnio zbadanych, czy nawet może rozpoznanych na stylistycznych mapach. Otwierający album "Notorious Lightning" z początku prezentuje się jak następna z serii (niesamowitych) ballad z głębią, do jakich gość przyzwyczaił nas uprzednio, kompletna z dramatycznymi modyfikacjami akordowymi oraz natchnionym wokalem. Lecz na wysokości 1:54 coś pęka. Podniosły syntezatorowy temat, umieszczony w kontrze do pulsujących zrywów orkiestry, inauguruje nową erę dla tego wykonawcy, zupełnie, określił to Kuba, jak gdyby podziękowano już Destroyerowi i zaproszono inny zespół. Plastikowy sound keyboardów epoki MIDI normalnie rezonuje kiczowato, aczkolwiek Bejar wykorzystuje go tu w roli budulca hermetycznej, zmutowanej materii. Ta drastyczna rewolucja aranżacyjna przeistacza się nagle, fascynująco, w lejtmotyw dzieła i mission statement świeżego wcielenia Destroyera.

Estetyka owa jest równie retro, nadal budząc skojarzenia z wczesnym, aktorskim Bowiem (załóżmy Aladdin Sane), Flaming Lips z Bulletin, Magnetic Fields z 69 Love Songs bądź timbre Robyna Hitchcocka, jak futurystyczna i ryzykowna. Ujmując wprost, nie było przedtem takiej płyty i sama ta desperacja Bejara w dążeniu do reinstalacji raz ustalonego oblicza wygrywa moją afirmację. Nazwiecie więc Your Blues uniwersyteckim ćwiczeniem skierowanym ku koneserom, ale wtedy tak się mylicie, tak bardzo, bardzo się mylicie. Klucz do zwycięstwa tkwi wszak w piosenkach: zawiłych, rozdmuchanych, kunsztownie zabłąkanych, pokomplikowanych. Ani trochę nie oczywistych, choć wybuchających przepięknymi, głębokimi emocjami, wieloznacznymi tekstami i wściekle inteligentnymi, acz naturalnymi zwrotami melodycznymi. Bejar należy obecnie do galerii figur ujmujących ambicją i staraniem dostosowania poziomu wynalazczości do epoki. Codzienny banał i zwykłość nudzą do punktu maksymalnego zniechęcenia. Stąd Your Blues to coś, po wysłuchaniu czego czuje się bogatszy, absolutnie jedna z kilkunastu płyt roku, esencjonalna płyta późno-wieczorna, gdy w samotności siedząc przy oknie budynku w centrum wielkiego miasta i obserwując ulewę nawiedza metropolijna nostalgia (idealny closer "Certain Things You Ought To Know").

Setlista to obfitość, jakiej nie pamiętam na żadnej tegorocznej płycie songwriterskiej. Wzmiankowany wyżej opener wkrótce daje miejsce "It's Gonna Take An Airplane", istnemu cudeńku, kompozycji perfekcyjnie spajającej stare pacnięcia akustyka z gęstymi pasażami keyboardów i sztucznymi, przejmującymi nieopisywalnie klaskami. Zadziwia wszystko. Imitacje smyków i dęciaków z pomocą kontrolera MIDI. Liczebność plecionych wątków: ich stężenie na fragment. Cytat z Fleetwood Mac w "The Music Lovers" i parafraza Morrisseya z dwunastki (nie dziesiątki, nie jedenastki) o której możemy sobie nie porozmawiać w "What Ride". Wstęp a capella, a potem intymność wyznania "Lord knows I've been trying" w niemal religijnym utworze tytułowym. Charakterystyczne "raj ra, raj ra ra ra ra raj ra" z "New Ways Of Living", oczywiście rozprowadzone jakąś totalnie wyjebaną, wyrafinowaną ścieżką (później elektryczne cymbałki plumkają to w zwolnionej wersji). Ekspozycja zmagania z własną słabością w okrzyku "Vile!" i wydechu "He hee he he he he he eend" na koniec "Mad Foxes". Fortepianowo-marszowy smutek Cure z Disintegration, przebijający w miniaturze "The Fox And The Hound" (voice rozpływa się w miksie, odchodząc w echa pogrzebowych nabić). Patent synth-space'u powtarza się w każdym tracku, pseudo-wirtuozerskie partie klawiatur kreują statyczne dźwiękowe fasady, a typowe "obłąkane" zaśpiewy koją czułością.

Wśród osób skupionych wokół tego serwisu trwała ostatnio, i w sumie trwa aktualnie, zażarta dyskusja odnośnie wartościowania dokonań Daniela. Znamienne, jak rozbieżne zdarzają się opinie. Nikt nie ma najmniejszych wahań co do wybitności prac brodacza; spór idzie o ich właściwe uszeregowanie historyczne. Mnie szczególnie doskwiera pozycja rozpiętego niezdecydowania w tym kwadracie znakomitości, lecz paradoksalnie, przy ogromnym uwielbieniu względem klasycznego, gitarowego Destroyera, finalnie zmuszony byłbym uznać Your Blues za definicyjną płytę projektu. Że skromny, pracowity pieśniarz z Vancouver uciekł tu konkurencji swojej szufladki z niespotykaną odwagą i gracją, zarazem dostarczając porażających, namacalnych wzruszeń na gruncie czysto uczuciowym, jest testamentem do jego dzisiejszego dyplomu jednego z najważniejszych songwriterów świata, prekursora na własną rękę drążącego przyszłość gatunku. Towarzyszenie mu w tej przygodzie daje podwójną radość. Bo kiedy linia "Submarines / Don't mind / Spending their time in the ocean" (cóż za subtelność liryczna w poemacie miłosnym) zostaje zdublowana klawiszową melodyjką, a w efekcie przeciwstawiona regularnej zwrotce ("So you think this is love? / Yes, I guess so, at least something to make it from"), melancholijnie mdląca reakcja w brzuchu gwarantowana.

Borys Dejnarowicz    
24 września 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie