RECENZJE

Destroyer
Trouble In Dreams

2008, Merge 7.3

Wśród tysiąca wątków na waszym ukochanym forum istnieje jeden przeznaczony specjalnie dla Bejara. Ów tajemniczy wątek traktuje o bossach. Tak, Dan jest bossem, bo jeśli nie on to niby kto? Koleś nigdy nie nagrał słabej czy nawet przeciętnej płyty, ponadto konsekwentnie kroczy wytyczoną przez siebie ścieżką. Droga, którą obrał jest stosunkowo wąska, toteż tłumów tam nie oświadczysz. Któżby się spodziewał, iż ta wędrówka rozpoczęta na dobra sprawę od suchego i klaustrofobicznego City Of Daughters przywiedzie go aż do majestatycznego, niemal orkiestrowego Trouble In Dreams? W skali makro istotnie może to zabić niemałego ćwieka, jednak gdy weźmie się pod uwagę tylko poprzedni album, to nowa szata Bejara jawi się li tylko kontynuacją wątków podjętych na wysokości Rubies. I tu rodzi się problem, gdyż w kontekście niezmiernie wysokiego poziomu tegorocznej płyty, słowo ''tylko'' nie wydaje się do końca adekwatne, co więcej zważywszy na to, iż (chwilowo) jest to moja płyta roku, chciałbym wręcz wykrzyczeć ''aż'', nawet kosztem małego zamieszania lingwistycznego. Jeśli nie przeraża was eksploracja wytworu mikrogeniusza i lubicie fabułę Groundhog Day, to poniżej znajdziecie coś dla siebie.

Nie wiem czy to do końca uprawnione i oparte na czymś więcej niż tylko na drogowskazach mojej nadpobudliwej wyobraźni, ale twórczość Dana nierozerwalnie kojarzy mi się z tym niesłusznie niedocenionym filmem. Niby na każdej płycie to samo, a jednak nie tak samo, podobnie rzecz ma się z Trouble In Dreams. Jednakowoż to ryzykowne porównanie nie jest znowu takie komplementarne, gdyż obcując z dyskografią Destroyera nie mam ochoty na nawet najmniejszą rekonfigurację zastanej rzeczywistości, nie odczuwam tez żadnego poddenerwowania tudzież znużenia tak bliskiego głównemu bohaterowi. Ten tekst dość niebezpiecznie oddala się od wymagań standardowej recki, a jako że ostatnio standaryzacja to podstawa, grzecznie porzucę temat powiązań Dana z Groundhog Day i przejdę do rzeczy, czyli do piosenek.

Album rozpoczyna się spokojnie, bez większych niespodzianek od charakterystycznej dla Bejara delikatnej zabarwionej akustykiem folkowej kompozycji, w której tkwi trudne do zdefiniowania piękno. Niby zwykły niezbyt skomplikowany track, a jednak coś sprawia (głos? talent?), iż wzbija się on ponad przeciętność, w tym pewnie tkwi siła Dana. Kolejny w kolejce ''Dark Leaves Form A Thread'' wwierca się w głowę wirującym, rozbrykanym riffem i cudownym nuceniem w chorusie. A to dopiero niepozorny początek, uroczy wstęp do czegoś co ma nastąpić niebawem. Tym usilnie oczekiwanym czymś jest tu swoisty tercet wysokogórski, w skład którego wchodzą trzy następujące kolejno po sobie nieskazitelne kompozycje. Wszystko rozpoczyna się wraz ze znajdującym się pod indeksem piątym ''My Favorite Year''. Filozofia songwriterska tego kawałka, oparta na przepięknie rozrysowanym motywie klawiszy oraz stopniowo zyskujących na dostojeństwie bębnach, chwyta na serce. Lepiej być nie może? Nic z tego, gdyż tuż za rogiem kryje się epicki, przenoszący góry ''Shooting Rockets''. Brakuje mi w tym momencie słów, gdyż łączy mnie z tym utworem zbyt silna więź emocjonalna. Co niezdrowe dla writera, kojące dla człowieka. Odczuwam autentyczną radość gdy obcuje z tą midi orkiestracją, z cudownie patetycznym riffem i zdradzającym geniusz miksem. Jeśli coś mnie wzrusza w muzyce, to tylko to. Po tym mistycznym przeżyciu, wracamy wraz z ''Introducing Angel'' do żywych. Nie ma to jak wyciszające powroty wśród smyków i barwy Dana. Opisałbym jeszcze kilka kompozycji, ale żeby nie psuć wam zabawy poskromię swoje nieumiarkowanie.

Bejar jest wielki. Oczywiście Trouble in Dreams nie jest pozbawiony wad, jednak przez wzgląd na dorobek i moją sympatię doń, nie wspominałem dziś o nich. Pewnie kiedyś przyjdzie i na to czas, tymczasem zapraszam na destroyerowskie polowanie na Świstaka. Widzimy się jutro, czyli pewnie za rok.

Wojciech Sawicki    
16 kwietnia 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie