RECENZJE

Destroyer
Kaputt

2011, Merge 7.2

Choć może się nam wydawać, że było to najdalej przedwczoraj, już blisko siedem lat minęło od momentu wydania Your Blues – albumu, który wykreował dla mnie postać i fenomen Daniela Bejara. Uprzedzając głosy oburzenia – nie śmiałbym deprecjonować dokonań Kanadyjczyka pre-dwa tysiące cztery, z najlepszym przecież w obejmującej już trzy dekady karierze Streethawk na czele. Raczej pragnę zauważyć, że w momencie, gdy Bejar przekroczył przysłowiowy Newport '65 dla czasów po-Kraftwerkowych, czyli uzbroił swoje natchnione rozalkoholizowane monologi w prawdziwe midi z prawdziwego zdarzenia, o Bejarowatości mogliśmy zacząć mówić w kategorii *autorstwa*, w odróżnieniu od wcześniejszego pióra/głosu czy – w ostateczności – soundu. Dan to singer-songwriter, który najlepiej wypada, gdy opuszcza swoją gatunkową strefę komfortu; ekspansywność krystalizuje i potęguje jego kunszt.

Dlatego też nie do końca przekonany byłem do dzieł następujących. Fani Rubies czy Trouble In Dreams doznawali eklektyczności tychże nagrań zarówno w kwestii subtelnych drgań nastroju, jak i co ciekawszych zabaw sonicznych. Fakt, że zwyczajowy Bejarowski warsztat semi-akustyczny podany był z fantazyjnej perspektywy post-Your Bluesowej, a momentami ujawniała się też miłość "piosenkarza" do indie-rockowych nineties i niespodziewanie odkryty w klawiszowcu Destroyera zmysł smyczkowego architekta. Były pomysły, ale żaden z albumów nie odważył się zagalopować w niezbadany teren tak niepohamowanie, jak płyta z dwa tysiące czwartego; eksperymentalizm Rubies i Trouble In Dreams wydawał się skalkulowany i całkowicie pod kontrolą, w odróżnieniu od żywiołowego zatracenia się Your Blues.

Jak można się w tym momencie domyślić, tegorocznego Destroyera upatruję właśnie jako tego typu orzeźwiający skok. Zmiana w tkance brzmieniowej jest tu najbardziej ewidentna i nie zamierzam zagłębiać się dokładnie w inspiracjach, jakie powodowały Bejarem i kumplami przy tworzeniu Kaputt, bo przeczytaliście już przecież dziesięć innych recenzji wymieniających Bryana Ferry w towarzystwie Sade i panów ze Steely Dan. Tak, brzmienie albumu celuje w rodzące się lata osiemdziesiąte, mamy syczące perkusyjne bity i podrygujący bas, kontrapunkty saksofonu z okazjonalnym synthem, te sprawy. Ale ważniejsze są konsekwencje takiego homage'u w momentach, gdy słyszymy głównie Destroyera, a nie same wpływy; kompozycyjnie zyskuje muzyka Dana Bejara pierwiastek archetypowej popowości – wykorzystanie wokalu jako "instrumentu do hooków", bieganie po skalach, repetycja ograniczona do minimum (całe "Kaputt", czyli drugi singiel i najfajniejszy moment krążka temu najlepszym przykładem). Jeśli tego typu podejście zostanie z Bejarem, jego przyszłe nagrania zachować będą w stanie nową świeżość długo po zakończeniu obecnej, disco-na-łodzi-popowej fazy.

A tymczasem jest bardzo fajnie, "weszła mi". "Chinatown", którym jaraliśmy się już w zeszłym roku, odpowiednio wprowadza w całość będąc najbardziej seventiesowym fragmentem – jeśli słyszycie na tym albumie jazz, to najprawdopodobniej słyszycie go właśnie tutaj. Na wysokości "Blue Eyes" wprowadza Bejar nowy sound do kawałka o klasycznie Niszczycielowej narracji, po czym zapodaje niemal-chillwave na motorycznym bicie, "Savage Night At The Opera", by na dobre rozpędzić się ze smooth-popem w środkowej części płyty. "Poor In Love" to świetny przykład kawałka, który na dobrą sprawę nigdy nie kończy (a nawet nie zaczyna) się rozkręcać, a i tak wymiata równo. Całość wieńczy duo najbardziej różnorodnych muzycznie i "świadomych" kompozycji oraz "Bay Of Pigs", które naprawdę nie odstaje tak bardzo jak może się wydawać na pierwszy rzut ucha, pieczętując album pod względem rozmarzonego, późno-letniego nastroju.

Kaputt nie jest oczywiście materiałem tak mocnym, jak nagrania Vancouverianina z początków ubiegłej dekady, czy to śledzimy nutki, czy przykładamy uwagę do poezji; jest jednak równie bezpośredni, świeży i aktualny, jak tamte dziewicze nieco wydawnictwa. A to, co w dwa tysiące jedenastym stanowi "świeżość" i niebanalność pod względem zarówno dźwięku jak i lirycznego przekazu, to już temat na osobną dyskusję.

Patryk Mrozek    
10 lutego 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy