RECENZJE

Destroyer
Destroyer's Rubies

2006, Merge 7.3

W starym stylu z życia anegdota. Jedna miłość. Pewnego czerwcowego dnia, zbierając gazetę poranną z wycieraczki (ten gówniarz zabił nią psa, co za ścierwo), oczy zakuło krwistoróżowe ogłoszenie, z czternastej strony – stąd wniosek, że "Wyborcza" – o pracy. "Posz. kol. wykw. lek. dz. tłum. 11000/mc". Wiadomo, taka okazja nie ma prawa się powtórzyc; CV napisac, zanieść. Było wczesne rano i choć czasem padało dużo mleka się piło i czasem pedało. PHU Dżdżawka, docel, o siedzibie dużego frachtowca w centrum, robiła wrażenie. Wewnątrz, co najciekawsze, skromność przepychu i śmierć architektury (Bank Polski). Jedynym zastanawiającym wrażeniem sekretarka o staniku na podłodze przykuta do kaloryfera. Zapach Dolce (męski), Coco (damski). Pan Władziu z ramienia rekrutacji już czekał, otrzymawszy SMS. "Proszę".

"Nie piję mleka przed dwunastą". "Och". I w szloch, prowadząc mnie do odpowiadającego rekrutacyjnym wymaganiom, obszernego foyer. "Pierwsze drzwi przy automacie do kawy". Klamka oprawiona pomarańczową przepaską. Wewnątrz pani. "Witam, jestem Alicja i oprowadzam kandydatów. Proszę za mną". "Dziękuję, przepraszam". Pani Alicja miłym i pełnym zdecydowania ruchem posunęła obciągnik kotary, bo tak nazywać zwykli pracownicy firmy suwak garderobiany. Po przejściu przez mały hol, zostawiony zostałem w szpitalnie upstrzonej plakatami firm farmaceutycznych poczekalni. Wszystkie wydawały się zwykłymi reklamówkami, promującymi fortunnie zbudowane, młode kobiety o niedoścignionej fizyczności "dominatrix, panfarmakos". I mimo, że dobrze im z oczy patrzyło, uwagę przykuwała jedyna wyróżniająca się praca – spójnie, akwarelą, przedstawiała młodą dziewczynkę w kusej spódniczce w biedronki i czepku kąpielowym w wesołe efly.

Z ust wyprowadzono, prawdopodobnie w Paincie, komiksową chmurkę, na którą naniesiono kursywą w Times New Roman kwestię wypowiadaną jakby na widok podglądacza: "DANIEL BEJAR POLSKI VONNEGUT NIE PATRZ NA MNIE JUŻ".

Zapewne zastanawia, dlaczego redaktorzy Tomasz Gwara i Borys Dejnarowicz tak ochoczo korzystają z dorobku historycznego siły anegdoty (o wybaczenie: bo parafraza, z której więcej wyciągnąć się nie godzi). Czystym rozmyciem każdej możliwej "optyki" przecież jest ona. Szlugi i herbata, tylko to mnie kręci wczesnym rankiem do obiadu, nie dlatego więc Destroyer's Rubies pomimo kilku niedobytków i uchybień posiada umiejętność zostawania albumem roku. Bejar nakłada na siebie coraz mniejsze wymagania, w przeciwieństwie do współtwórców zawiera naturalną dyspozycję do poziomowania w metaskali, stawia na rozbuch akordowy. Narracyjnie ograniczony, nowego niewiele, czołowym lirycystą cwierczwiecza pozostał, wizualizując sukces całymi nocami, zostawiając za plecami takie sławy jak na przykłąd Ronaldo, David Bowie czy Bungo.

"Where did you get that penchant for destruction in the way you talk", dziewczyno. "It was 2002 and you couldn't be bothered to say 'hello' or 'goodbye' / Or stand the 'test of time' – you did, I just tried to separate an ocean from these tears we cried". Tak się nie pisze piosenek! To niegodziwe! Nie tak dalekie od historycznego "My grasp of the verb is a weak one", "A predicate warning to the sun – / 'This Night advances on...'" nie stara się ukazać trajektorii stosunku do gotowych dziewcząt, niezależnie od prawdy o rzeczywistym autorze Don Kichota. Prawdopodobnie jednak Rubies jest jednym z tych zbyt długich wydawnictw i gdyby nie dwa zbędne, niestety kilkudniowe momenty, byłoby po czym świętować i dzięki czynić. Zamiast: umniejszona rola dramaturgii, większa miłości i zapiętych wieczorów (od wieczornych "Wiadomości" do świtu). "Never had to choose / Your Blood versus Your Blues".

Nie wiadomo zatem, czy "Painter In Your Pocket", z rzeczonym rozbuchaniem i trzema stopniami, jest singlem roku i najwyższym podświetleniem płyty. Jedyne wiadome iluminacje to niezal-rockerka "3000 Flowers" z wokalem odbitych płuc pod sam sufit i tu, ówdzie upchane kontemporaryzowane riffy. Ach, gdyby wiktoriańskie szuflady i dissowanie "The Sun" miały na kim się oprzeć, bylibyśmy uratowani. Tak niewiele brakowało, przecież na wysokościach "When I'm at war I insist on slaughter and getting it on with / The hangman's daughter / She needs release / She needs to feel at peace with her father, the fucking maniac" odbywa się jedna z diagnoz wszechczasów i zaglądanie w prywatny kalendarz! To bezduszne. Nie rozgrzesza nawet śmiałe i naiwne impromptu.

Umieszczanie "tall ships of snow invading the sun" w co najmniej dwóch utworach na jednej płycie jest dorzecznym hołdem i oddam komputer z łózkiem, jeżeli ktoś rozgryzie gdzie kierunek. Rozgryzanie fibru przedczołowego w referencjach, odnogach i zapukaniach natomiast wbija zęby nieomal bezpośrednio w szyję każdej koleżanki ze szkoły lub poznanej przypadkiem. Nie, że znowu niekomunikatywnie. To obcasy i złowrogi bat nad ciałem znany jako tygodniowy vodka binge. I mam na myśli właśnie to. Sadźcie ogrody gdzie się da i do domu.

Mateusz Jędras    
29 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja