RECENZJE

Depth Affect
Arche-Lymb

2006, Autres Directions In Music 6.9

...że się uformowali dwa lata temu, są z Francji, cztery osoby wliczając speca od wizualizacji i ogólnie grają elektronikę, najpierw był remiks dla Melodium, potem EP do ściągnięcia, potem opisywany album, wszystko to na przestrzeni trzech lat, w końcu pozytywne recenzje, to funkcja poznawcza zaliczona, pobawmy się.

Cierpię na dosyć popularną chorobę właściwą zaleczonym tandeciarzom. Co jakiś czas przytrafia mi się bardzo poprawny (świeżuutki) kawałek, który zyskuje uznanie dzięki porządnej, mainstreamowej produkcji. Nieświadomy oszustwa skaczę po ścianach z radości, przewracam meble i odpalam wszystkim, którzy akurat znajdą się w moim polu rażenia. Nadchodzi moment, w którym czar pryska, zwykle w momencie wyrżnięcia czerepem o kaloryfer, co sprawia, że czuję się z lekka wygrzmocony. Przejście nad tym stanem do porządku dziennego zajmuje ułamki historii, a koniec zajawki wychodzi na zdrowie, bo mniej się upieram przy dziejowości, boskim pierwiastku i takich różnych. "Eye For An Eye" Unkle, opener Be Here Now, "Happy Birthday Jubilee" podaję w ramach przykładu.

Najwyraźniej nie okaleczyłem się jeszcze tak mocno, by wyjść spod uroku Depth Affect, a trochę ataków na ścianę zaliczyłem, bo od dwóch mniej więcej tygodni płyta stanowi główny temat moich posiedzeń wieczorno-nocnych. Bo wiecie, Arche-Lymb sprawia wrażenie, jakby te wszystkie pozbierane brzmienia i sample stanowiły tylko pretekst do szczeniackich zabaw w wykorzystanie tanich efektów produkcyjnych. Raz z lewej atakuje słuchacza brzmienie, raz z prawej, czasem z góry, czasem z dołu, a czasem przewibrowuje przez środek głowy. Haha, to nie dla mnie, pomyśli niejeden. A dla mnie może? A dla kogo w ogóle? Przecież takie akcje kręciły nas na wysokości prymitywnych klawiszy z melodyjką ukrytą pod przyciskiem "demo" (u mnie Wham! mieszał), kiedy wierzyliśmy, że zostaniemy sławnymi piosenkarzami. Niby to dziecinne, ale Depth Affect najwyraźniej długo nad techniką pracowali i taką dźwiękową ciuciubabkę wysunęli na plan pierwszy, robiąc z niej swój podstawowy atut.

Pod rwanie pokręteł podczepiona jest znana i lubiana technika cut'n'implementuj z przewagą brzmień syntetycznych. Efekty zmierzają w stronę liberalnych stacji radiowych, wtedy słyszymy piosenki z dramaturgią, tylko trochę zgrzytające. Najbliżej im chyba do odmian ambitnego, intelektualnego hip-hopu, nakreślonego – w zależności od nastroju – bardzo wyraźnie wokalami, bądź mniej wyraźnie motoryką i czymś co przypomina skrecze. Przy okazji cięć i klikań surowości i agresji wczesnego Prefuse zespół przeciwstawia jednak pokojową, trochę ambientową otoczkę. Czasem zresztą zostają z tą jedynie otoczką, tworząc minimalistyczne miniatury, oparte na kilku raptem dźwiękach (electro-skity, pffff).

Aha, zainteresowanych odsyłam do oficjalnej strony, bo jeszcze kilka chwil temu znajdowała się tam ich nowa EP-ka John Cassettes do pobrania wraz z intrygującą okładką w formacie pdf. Stanowi dobry przedsmak do Arche-Lymb, gdyż wprawdzie reprezentuje ten sam styl, ale jakościowo lokuje się jakiś punkt koma trzy niżej, co pozwoli odsiać słuchaczy dysponujących gustem oddalonym.

Jestem pogodzony z faktem, że na 6.9 sporo inteligentnych, wyważonych jednostek może zareagować, że "chyba go głowa boli/kuuuuurna!" i z nikim się kłócić nie będę, jak uzna, że Nelly jest lepsza, że Tiga jest lepszy, że wszystko. Zero stresu. A dla mnie – znowu – okolice podsumowania.

Filip Kekusz    
14 listopada 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja